poniedziałek, 29 września 2014

Jakość i styl MADE IN POLAND

żródło: facebook.com/mardybum.pracownia

W niedzielę w Warszawie była słoneczna polska złota jesień, dlatego wybraliśmy się na Starówkę. Spotkaliśmy tam moją siostrę, która zachęciła nas do odwiedzenia targów mody MADE IN POLAND. A naprawdę warto było zajrzeć tam chociaż na chwilę.
Na targach prezentowana była wysokiej jakości odzież dla dorosłych i dzieci, dodatki na chłodną pogodę, ręcznie malowane buty, torby, biżuteria, książki, maskotki, a nawet zegarki.
Nie chcę tu jednak rozpisywać się o każdym wystawcy, lecz wymienić tylko tych, którzy zainteresowali mnie.
Moją subiektywną listę zacznę od zegarków, ale podkreślam, że kolejność jest zupełnie przypadkowa.
  • Zegarki D.O.T., mimo, iż nie trafiają akurat w mój gust, to jednak uważam, że warte są wzmianki za pomysł wykonania, ponieważ przy produkcji obudowy i tarczy wykorzystuje się kolorowy druk 3D. Zegarki te projektowane i produkowane są w Polsce i objęte są roczną gwarancją (elementy mechanizmu – zgodnie z zapewnieniem wystawcy – są jednak na tyle standardowe, że nawet po wygaśnięciu gwarancji bez problemu można naprawić je u zegarmistrza).

źródło: dot-shop.pl

  • Jak to z kobietami często bywa, najbardziej moją uwagę przykuła biżuteria (^_^). Szczególnie zachwyciły mnie bransoletki BOSKA. Zarówno te delikatne, kobiece i eleganckie, jak i masywne skórzane „mankiety” obszyte lśniącymi kamieniami.

źródło: facebook.com/BOSKABOSKA

  • W moją estetykę trafiły też misterne i delikatne kolczyki IWOGG. Biżuteria ta łączy kryształy Swarovskiego z koronką wykonaną na szydełku z cieniutkiego srebrnego drucika. Ślubna biżuteria IWOGG wygląda naprawdę bosko!
żródło: iwogg.blogspot.com
  • W dobie niesłabnącej popularności bransoletek z grawerowanymi przywieszkami, mamy też ręcznie wykonywaną alternatywę od La Mimi. Możemy tu zamówić przywieszkę z pomniejszonym odciskiem rączki, czy stópki naszego dziecka, a nawet medalik z wygrawerowanym rysunkiem autorstwa małego artysty.Poza tym, jako osoba niedużych rozmiarów, lubuję się w drobnej biżuterii i takie delikatne bransoletki ma też w swojej ofercie La Mimi.
źródło: lamimi.pl
  • Oprócz biżuterii moją uwagę przykuły też patchworkowe torebki od MADUROpatchwork. Przyznam jednak, że to ze względu na praktyczne zastosowanie, które sobie wymyśliłam. Ponieważ sama przygotowuję sobie jedzenie do pracy, pomyślałam, że prowiant spakowany do takiej patchworkowej (dosyć grubej) torebki nie ostygnie zbyt szybko, a do tego bardzo ładnie się prezentuje. Mam nadzieję, że nie uraziłam tym twórcy torebek - Pani Magdy, lecz, ze zostanie to potraktowane jako wskazówka do poszerzenia oferty(^_^).

źródło: maduropatchwork.pl

  • No, ale dość o mnie. Czas na produkty dziecięce. Mimo, że wciąż mamy piękne słońce, to jednak na dworze jest coraz chłodniej. Odpowiedzią na to są wyroby od musmalina: czapeczki, ocieplane apaszki, czy kominy. Nie mogłam przejść obojętnie obok tego stoiska. Dla Di kupiłam kolorową chustkę ocieploną minky, a dla siebie komin. Dziecięcych wzorów było tak wiele, że z trudem powstrzymałam się przed zaopatrzeniem Di na kolejne 3 lata.

po lewej ocieplana apaszka dla Di
po prawej komin dla mnie(^_^)
  • Spodobały mi się również oryginalne kroje bluz od eM (eliza i Małgorzata). Upatrzyliśmy z mężem  dla Di bluzę wykonaną z mięciutkiej bawełny, z kieszonkami, kapturem i skośnym suwakiem, więc wkrótce trafi ona do jej szafy.

źródło: facebook.com/emsklepubrania

  • Zakupy trwały w najlepsze, gdy Di zaczęła się nudzić. Lekarstwem na jej humorki okazał się rozkoszny prosiaczek od mardybum. Najbardziej podobały nam się prosiaczek pirat i uczeń, ale miały one za dużo drobnych elementów, dlatego zdecydowaliśmy się na klasycznego prosiaczka w angorowym sweterku. Maskotki od mardybum są oryginalne, zabawne, ale przede wszystkim przeurocze.
prosiaczek mojej Di

  • Tę subiektywną listę najciekawszych wystawców zamykają maskotki ZuArt, które możecie kojarzyć z DDtvn, czy Pytanie na śniadanie. Podoba mi się w nich to, że stwory, stworzone przez Panią Zuzannę, są nietuzinkowe i pobudzają dziecięcą fantazję. W końcu każde dziecko wie, że jednorożec porośnięty jest długim futrem i ma 4 stopy (^_-).
Pegaz
źródło: zu.art.pl

A jakich rękodzielników Wy polecacie i dlaczego właśnie ich produkty lubicie?

niedziela, 28 września 2014

Między MaMami i kulturami - relacja ze spotkania z Panią Kyoko Wojciechowską

źródło: http://www.scmp.com/

Na jesieni Fundacja MaMa zaprosiła nas na spotkania z cyklu „Między MaMami i kulturami”. Ideą warsztatów jest przybliżenie kultur, które współistnieją w Warszawie. Nie mogło tu jednak zabraknąć akcentu związanego z macierzyństwem, dlatego każde spotkanie prowadzi mama z innego kraju (jak dotąd z Czeczenii i Kenii). Każda z nich opowiada o własnych zwyczajach, które kultywuje jej rodzina.

Ostatnie spotkanie poprowadziła Kyoko Wojciechowska – Japonka, która wyszła za mąż za Polaka, mama 14-to miesięcznego Szymona.

Dla pełnego zrozumienia niektórych zjawisk istotne jest przytoczenie garści danych statystycznych. Po pierwsze tzw. dzietność. Eksperci przyjmują, że aby wystąpiła pełna zastępowalność pokoleń współczynnik TFR (Total Fertility Rate – wskaźnik określający jaka liczba urodzeń dzieci przypada na jedną kobietę w wieku rozrodczym określonym na przedział 15-49 lat) musi wynosić między 2,10 a 2,15. Tymczasem w Japonii wynosi on 1,4. Dla porównania w Polsce współczynnik TFR spadł z 1,4 do 1,3. Sytuacja Japonii jest jednak o tyle trudna, że ludzie tam żyją najdłużej na świecie (średnia długość życia Japonek to 87 lat, Japończyków – 80 lat). Brzmi to drastycznie, ale przy tak małym współczynniku TFR, już wkrótce bardzo problematyczne stanie się utrzymacie tych długowiecznych emerytów. Kyoko powiedziała, że obecnie emerytów utrzymują 4 pokolenia pracujących Japończyków. Ale jak sobie pomyślę, że wiek emerytalny w Japonii to 61 lat, do tego średnia długość życia - 83 lata i jeszcze największa liczba stulatków na świecie to też Japończycy (58 820), to łapię się za głowę, bo przecież te proporcje wkrótce się odwrócą i jedno pokolenie, będzie utrzymywało 4 pokolenia emerytów.

Ale wróćmy do Kyoko. Przede wszystkim przeprowadziła się ona do Polski będąc już w ciąży (2 lata temu). I prawdę mówiąc jak powiedziała ile w Japonii kosztuje podstawowy poród (siłami natury, bez znieczulenia), to nogi się pode mną ugięły. Proszę Państwa [orkiestra tusz] pół miliona jenów, czyli ok. 15 000 PLN [sic!]. Skąd inąd dowiedziałam się, że podobno miesiąc później urząd miasta zwraca część tej kwoty, ale ile, tego już nie wiem. Kyoko podkreśliła jednak, że koszt porodu jest jedną z przyczyn, dla których odsetek urodzeń w Japonii jest tak niski.

Kolejne powody niskiego TFR według niej, to system pracy, który zdecydowanie nie sprzyja kobietom w stanie błogosławionym (link do materiału na ten temat zamieściłam kilka dni temu na FB), a nawet przyczynia się do poronień. Dla przykładu wiele japońskich koleżanek Kyoko (około 33-letnich) jest niezamężnych, gdyż nie widzą możliwości pogodzenia pracy zawodowej z małżeństwem i macierzyństwem [w Japonii wciąż często po ślubie lub najpóźniej po porodzie kobiety rezygnują z pracy].

Kolejnym zagadnieniem poruszonym przez Kyoko były różnice kulturowe związane z ciążą i porodem. Otóż podobno tradycyjnie Japończycy uznają tylko poród siłami natury i absolutnie bez znieczulenia. Oczywiście kryje się za tym pewna filozofia. Jak powiedziała mama Kyoko: nie czując tego bólu, nie pokochasz w pełni dziecka. Nie wydaje mi się jednak, aby to było dalekie od dyskusji, która toczy się w Polsce, a mianowicie, czy jeśli wzięłaś znieczulenie to jesteś gorszą matką? A może miałaś „cesarkę”? Wtedy to już w ogóle nie jesteś godna miana matki! Ja tam miałam cesarkę, na dzień matki dostałam odpowiednie „certyfikaty” w postaci laurki i w ogóle uważam, że jestem matką co się zowie! Ale to temat na inny post.
Wracając do tematu warsztatu. Mimo słów swojej mamy, Kyoko zamierzała jednak skorzystać ze znieczulenia, łamiąc pewną tradycję.

Kolejną zauważoną przez Kyoko różnicą jest częstotliwość badań USG wykonywanych w ciąży. Z tego co pamiętam, w Polsce obowiązkowe są 4 badania USG: w 11-14, 21-26, 27-32 i po 40 tygodniu ciąży. W Japonii zaś badanie takie wykonuje się co miesiąc. Zainteresowanych tematem odsyłam do bloga Polki, która urodziła w Japonii, gdzie znajdziecie bardzo ciekawy opis japońskiego badania ginekologicznego.

Kyoko zauważyła też pewne podobieństwo: tak samo jak w Polsce, w Japonii bardzo zachęca się kobiety do karmienia piersią, lecz… No właśnie. Jednak tu też jest pewna różnica w podejściu. Otóż japońscy lekarze zalecają masarze piersi i ćwiczenia rozciągające. W Polsce zaś masarz biustu u ciężarnej jest stanowczo zabroniony, ponieważ może wywołać akcję porodową (uwalniana podczas masarzu oksytocyna wywołuje skurcze).

Dla Japończyków, jak wiadomo, bardzo ważne jest nauczanie. Cała edukacja dzieci służy temu, aby dostać się na dobrą uczelnię, a jak powiedziała Kyoko nauka zaczyna się już w brzuchu. Japońskie przyszłe mamy chętnie raczą więc siebie i swoje brzuchy czytanymi na głos książeczkami dla dzieci, Mozartem, czy piosenkami i filmami w języku angielskim. Na wykładach z psychologii rozwojowej uczono mnie, że płód zaczyna słyszeć dźwięki z zewnątrz po piątym miesiącu ciąży, więc planowałam śpiewać mu kołysanki i przymusić męża, żeby trochę mówił do brzucha. Mój chytry plan, bowiem zakładał, że na bodziec znany – kołysanka – dziecko po porodzie reagować będzie wyciszeniem, a w konsekwencji snem. Jeśli zaś chodzi o głos męża, po prostu chciałam, by dziecko rozpoznawało go po urodzeniu, jako coś znajomego i kojącego. Nigdy jednak nie wpadłam na pomysł prenatalnej edukacji (^_-). Prawdę mówiąc jak to psycholog pomyślałam, że fajnie by było zbadać, czy taka nauka w okresie prenatalnym daje jakieś wymierne efekty w, dajmy na to, późniejszej nauce języka angielskiego(^_^).

No właśnie. A jak Kyoko radzi sobie z dwoma językami w domu? Do syna mówi wyłącznie po japońsku. Nad edukacją szkolną jeszcze się z mężem zastanawiają, ponieważ nie jest przekonana do popularnego wśród japońskich matek w Polsce modelu 4 dni w polskiej szkole i 1 w japońskiej, ponieważ dziecko wiecznie musi nadrabiać zaległości związane z nieobecnością. Najbardziej obawia się tego, że synek będzie miał problemy z pisaniem po japońsku. Cóż, trzy alfabety: dwa sylabariusze i jeden składający się z tysięcy ideogramów to faktycznie wyzwanie.

Ale nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Na tym etapie (przypominam, że synek Kyoko ma 14 miesięcy) najważniejsze jest dla Japończyków wpojenie elementarnych zasad dobrego wychowania. Podstawą jest odpowiednik naszych „magicznych słów”, tyle, że w Japonii takich chodzących parami zwrotów grzecznościowych jest dużo więcej. Są odpowiednie słowa gdy wychodzi się z domu i gdy do niego się wraca, gdy się rozpoczyna posiłek i gdy się go kończy itp. Ponieważ znajomość tych zwrotów jest podstawą, w sieci znaleźć można wiele piosenek pomagających dzieciom je spamiętać.


Kolejną rzeczą, którą wpaja się dzieciom od maleńkości jest wstyd. W kulturach zachodu obawiamy się kary (zewnętrzne), zaś w Japonii najgorsze co może się przytrafić to utrata twarzy, a więc wstyd (wewnętrzne). Kyoko powiedziała, że już malutkie dzieci strofuje się mówiąc: „Nie rób tak, bo to wstyd”.

Idąc dalej tropem edukacji, Kyoko pokazała nam dwie japońskie książki: jedną o ciąży, a drugą o pielęgnacji maluszka. Obydwie książki były formatu A4 i wydane na papierze kredowym - bardziej przypominały magazyny. Stanowiły kompendium wiedzy, a na każdej stronie pełno było fotografii, dzięki czemu instrukcje były bardziej czytelne. Przypominało to trochę laminowane karty firmy NIVEA o przewijaniu, masażu, czy kąpieli maluszka, które dostępne są w szpitalach. Kyoko powiedziała, że trudno w Japonii znaleźć książkę na ten temat, która nie byłaby w takiej obrazkowej formie. Raczej kwestia jest tego czy wybierzemy zdjęcia, czy rysunki.

Japońska książka na temat ciąży i porodu - wersja z rysunkami - manga
źródło: http://tokyo-smart.com/

Książka o pielęgnacji maluszka - jak widać jest bogato ilustrowana i przypomina raczej magazyn
źródło: http://www.kidsdental.info/

W zaprezentowanych książkach można też było znaleźć fotografie tatusiów pokazujących np.  jak przewinąć niemowlę. Zapytana o to Kyoko powiedziała, że polscy tatusiowie cudownie zajmują się dziećmi i, że japońscy ojcowie nie chodzą na wizyty do ginekologa ze swoją ciężarną żoną, a po porodzie bardzo rzadko włączają się w opiekę nad dzieckiem. To się oczywiście zmienia, ale bardzo powoli.

Z pewnością jednak japońscy ojcowie włączają się w wybór imienia. O ile w Polsce ograniczamy się na ogół do imion z Biblii, słowiańskich, czy ogólnie występujących w kalendarzu, o tyle w Japonii  rodziców ogranicza tylko ich własna fantazja. Dla przykładu wspomnę znajomego Japończyka o imieniu Leo, które nadano mu na cześć lwa – głównego bohatera anime Tezuki Osamu pt. Janguru taitei (znane w Polsce jako „Kimba biały lew”). Inny przykład to bracia Magma i Core. Rodzice bowiem wymyślili, że Core (jądro ziemi) i Magma (magma) razem tworzą ziemię - rodzinę. Oczywiście te przykłady są skrajne, ale zasadniczo każde imię japońskie ma jakieś znaczenie uzależnione od znaków (ideogramów kanji), którymi je zapisujemy. Dlatego tak samo brzmiące imię, ale zapisane innymi znakami, będzie oczywiście miało inne znaczenie. Weźmy dla przykładu imię córeczki japońskiego następcy tronu – Aiko w znaczeniu „dziecko miłości” (). Jednak ktoś inny mógł nadać swemu dziecku imię Aiko w znaczeniu dziecko malwy () lub jeszcze innym.
Kyoko z mężem, wybierając imię kierowali się oczywiście tym, aby imię występowało w obu kulturach.

Jak już wspominałam, Japończycy bardzo popierają karmienie piersią, ale 100 dni po porodzie odbywa się ceremonia okuizome, czyli w wolnym tłumaczeniu „pierwsze jedzenie” . Przygotowuje się wówczas specjalne potrawy: ryba, ryż, zupa, warzywa, śliwka marynowana i czasem też kamień ze świątyni. Dziecku podtyka się pod usta poszczególne dania (ma to wymiar symboliczny, oczywiście nie karmi się tym maluszka), oraz podaje kamień do przygryzienia (przygryzienie kamienia ma sprawić, że zęby, które wyrosną będą mocne i bez problemu poradzą sobie z pożywieniem). Ogólnie po tej ceremonii zaczyna się stopniowo wprowadzać dziecku pokarmy stałe. To ciekawe, że ta tradycja wymusza termin rozszerzania dziecku diety, ignorując najnowsze wyniki badań. W naszym kręgu kulturowym rozszerzenie diety następuje zdecydowanie później (wg aktualnych wytycznych WHO, po ukończeniu szóstego miesiąca życia, ale nawet wcześniej mówiono o ukończonych czterech miesiącach).


Kyoko nie wspomniała jednak nic na temat oshichiya (siódma noc – buddyjska ceremonia mająca miejsce siódmej nocy po porodzie)  i omiyamairi (przedstawienie dziecka bóstwom z lokalnej świątyni, porównywane często do naszego chrztu), więc zakładam, że mieszkając w Polsce z nich zrezygnowała.

Pozostając w temacie jedzenia spytałam Kyoko, czy planuje przygotowywać synowi bento (japoński lunch box). Odpowiedziała, że owszem,  jak będzie chodził do szkoły to będzie mu przygotowywała prowiant, ale nie będzie to pełen japońskich potraw zestaw. Powiedziała też, że nie potrafi formować z jedzenia postaci z kreskówek tak jak robi wiele japońskich matek.

Spotkanie zakończył również akcent kulinarny: poczęstunek składający się z sushi, sałatki z wodorostów i lodów z polewą sezamową.

Reasumując, odniosłam wrażenie, że obecnie życie Kyoko, to amalgamat kultury polskiej i japońskiej. Wydaje mi się, że dokonuje ona świadomych wyborów w kwestii tego, które zwyczaje japońskie chce przenieść na grunt polski, a które woli zastąpić podejściem polskim. Czasem nie są to łatwe decyzje - tak jak w przypadku wyboru szkoły dla synka, ale z pewnością zaletą jest to, że dzięki znajomości dwóch kultur ma ona szersze horyzonty.
Warsztat w moim odczuciu był bardzo ciekawy, chociaż zabrakło mi kilku informacji, dlatego w tej relacji pozwoliłam sobie to uzupełnić (^_^).

Temat japońskich potraw przypomniał mi o bento, dlatego myślę, że już wkrótce powstanie też wpis o japońskich lunch boxach.




czwartek, 25 września 2014

W poszukiwaniu straconego czasu

Źródło: http://www.lynnegolodner.com/

Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że „Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki.”. Śmiem twierdzić, iż Franklin był  w błędzie. Poza śmiercią i podatkami pewne jest również, to, że kiedy jest ważne wyjście to nie ma się w co ubrać oraz, że zawsze na coś brakuje czasu.

Pierwszy raz w literaturze motyw podróży w czasie, pojawił się w roku 1733, kiedy Samuel Madden umiejscowił akcję opowiadania Memoirs of te Twentieth Century w latach 1997-1998. Od tamtej pory autorzy coraz częściej wysyłali bohaterów w przyszłość lub przeszłość albo, tak jak Dickens w Opowieści Wigilijnej, i tu i tu. Twórcy filmowi również nie pozostawali w tyle. Nie mogę pominąć takich klasyków jak seria Powrót do przyszłości, Terminator, czy polskie Seksmisja oraz Ile waży koń trojański?. Skąd w nas taka fascynacja czasem? Może dlatego, że czas jest naszym głównym zasobem nieodnawialnym.

Pojęcie czasu jest psychicznym wytworem człowieka, pozwalającym mu na przystosowanie się do zmian otoczenia. Kiedy pozostajemy w bezruchu, nie jesteśmy zaangażowani w żadną konkretną czynność, czas wlecze się niemiłosiernie, lecz kiedy pochłonięci jesteśmy jakimś zajęciem godzina mija, jakby to była minuta.

Odkąd pamiętam, niezależnie od tego ile miałam zajęć, czy obowiązków, zawsze narzekałam na brak czasu. Kiedy urodziła się Di stwierdziłam, że opieka nad dzieckiem pochłania go jeszcze więcej. Jak sobie z tym poradzić? Kluczem do sukcesu okazały się dobra organizacja i wielozadaniowość.

  1. Byłoby dłuższe lato gdyby nie zima

    Po pierwsze nie ma takiej wymówki jak, „nie miałam czasu”. Trzeba go po prostu efektywniej wykorzystywać. Czasem oznacza to rezygnację z jednej czynności – przeważnie ze snu -
     na korzyść drugiej.

  2. Gdzie głowa rządzi, tam człowiek nie błądzi

    Podstawą organizacji jest dla mnie terminarz – do niego zaglądam od razu po przebudzeniu i towarzyszy mi on przez cały dzień. W nim spisuję zaplanowane spotkania, kto się zajmuje dzieckiem i w jakich godzinach pracuje mąż (uroki wolnego zawodu), jak również co muszę zrobić, kupić i ugotować. W kalendarzu zapisuję też to o czym chciałabym napisać na blogu. Reasumując, terminarz jest moim kompasem.

  3. Albo rybki albo akwarium

    Czas nie jest z gumy i jak dotąd nie słyszałam, żeby komuś powiodły się próby podróżowania w czasie, dlatego nie mamy wyjścia i musimy sobie radzić z użyciem środków konwencjonalnych. Kluczem jest tu właściwe priorytetyzowanie oraz delegowanie zadań. Dla przykładu, w najbliższym czasie potrzebuję zaopatrzyć się w pokrowiec na sofę. Mogłabym pożyczyć od Babci maszynę do szycia i sama coś wyczarować, ale cenię mój czas i myślę, że lepiej i szybciej zrobi to krawcowa, a ja ten czas będę mogła spędzić z rodziną, a to jest bezcenne.

    Poza tym należy ujarzmić tzw. pożeracze czasu. Jeśli przez 2-3 dni będziesz szczegółowo zapisywać co robiłaś i ile czasu to zajęło (każdą rozmowę telefoniczną, surfowanie po Internecie, jak i gotowanie obiadu, sprzątanie itp.), to po przeanalizowaniu notatek łatwo wykryjesz czynności, które nic nie wniosły, a zajęły dużo czasu. Jeśli chcesz działać efektywnie niestety musisz zrezygnować z tego, co zabiera czas, a nic nie wnosi, lub wyznaczyć sobie sztywne ramy i konsekwentnie się ich trzymać, np. surfować po Internecie będziesz przez godzinę dziennie (możesz nawet pójść o krok dalej i wyznaczyć konkretne godziny na korzystanie z komputera).
    Oczywiście nie rezygnuj z relaksu. Wyznacz czas na odpoczynek i czynność, która naprawdę Cię odpręży. Może gorąca kąpiel, lub czytanie książki?

  4. Co masz zrobić jutro zrób dziś

    Działania i pomysły dzieci są tak nagłe i spontaniczne, że czasem po interwencji nie pamiętasz już co miałaś zrobić. Moją złotą zasadą jest: jeśli zauważysz, że trzeba zrobić coś co zajmuje maksymalnie 3 minuty (np. odstawienie czegoś na miejsce, wyrzucenie jakiegoś śmiecia, przyszycie guzika) zrób to od razu, ponieważ gwarantuję, że w 90% przypadków zaraz o tym zapomnisz. Czynności wymagające więcej uwagi spisz wraz z informacją ile czasu może zająć ich realizacja. Dzięki temu, jak trafi się parę wolnych minutek, będziesz wiedziała, na które zadanie warto się porwać.

  5. Co za dużo, to niezdrowo

    A jednak, matka musi dużo i to na raz. Wielozadaniowość, czyli inaczej 
    multitasking to klucz do pogodzenia natłoku obowiązków. Najlepiej zastanowić się, czy są takie czynności, które da się połączyć w pary i właśnie w takiej kombinacji je wykonywać. Jeśli nigdy nie rezygnujesz z wieczornych wiadomości, może w tym czasie uprasujesz ubrania? Będąc na spacerze z dzieckiem można wykonać szereg rozmów telefonicznych (np. poumawiać wizyty lekarskie), a nawet dzięki współczesnej technologii możemy zrobić zakupy z sklepie internetowym. Aby nie być gołosłowną pisząc ten artykuł maluję paznokcie (^_-).
    Zwróć jednak uwagę na to, że wymienione przeze mnie pary czynności nie wymagają dużej uwagi. Odradzam wykonywanie na raz kilku czynności wymagających skupienia, czy przemyślenia, ponieważ konieczność mentalnego przeskakiwania z tematu na temat, niepotrzebnie wydłuży czas realizacji zadania.


  6. Co dwie głowy, to nie jedna

    Jeśli tak jak ja jesteś matką pracującą, nie ma powodów, dla których Ty miałabyś być dodatkowo odpowiedzialna za porządek w domu i dziecko. Podzielcie się obowiązkami z mężem/partnerem, np. Ty pierzesz, On zmywa, Ty sprzątasz kuchnię, On - łazienkę itp. Jeśli macie już większe dzieci, je też warto włączyć w sprzątanie.
    A może jeśli obydwoje pracujecie warto rozważyć wynajęcie pomocy do sprzątania [patrz punkt 4]. Wówczas obowiązków do podziału będzie mniej i więcej czasu będziecie mogli spędzić na dworze lub na wspólnej zabawie.

  7. Czego nie można zmienić, trzeba polubić!

    Każdy ma jakieś obowiązki domowe, których nie lubi. Ja ze względów medycznych nienawidzę odkurzać, bo po pięciu minutach potwornie bolą mnie plecy. Mąż natomiast zrobi wszystko, a przynajmniej wiele, aby nie prasować. Dlatego moim obowiązkiem jest prasowanie, a jego – odkurzanie [patrz punkt 6]. Ale są też czynności, których żadne z nas nie lubi. Wtedy zbieramy te nasze nieulubione zadania i negocjujemy, kto czym się będzie zajmował. I cóż, wtedy, pozostaje nam tylko polubić te obowiązki

    Zatem do dzieła!

poniedziałek, 22 września 2014

Przede wszystkim kobieta

Mama z klasą, czyli Audrey Hepburn z synkiem Sean'em i pierwszym mężem Mel'em Ferrer
fot. Bob Willoughby

Gdyby ktoś dzisiaj spytał mnie kim jestem, zaczęłabym od tego, że przede wszystkim jestem kobietą. Owszem jestem też matką, ale kobietą byłam jeszcze na długo zanim urodziłam(^_-).

Będąc w ciąży obawiałam się, że bycie matką zabije we mnie kobietę: będę chodziła z kaszą na koszulce i z brudnymi włosami, że przecież mam dziecko, więc nie mam czasu zadbać o siebie. Na szczęście tak się nie stało.

Ustalmy jedno, bycie Glam Mamą nie oznacza, że trzeba pchać wózek w Laboutin’ach i przewijać dziecko w jedwabnej bluzce. To kwestia myślenia o sobie wciąż jak o kobiecie. Jeżeli przed porodem dbałam o swój wygląd, to dlaczego miałabym tego zaprzestać będąc mamą? Mnie wychowała Glam Mama. Moja kochana mama odkąd pamiętam zawsze była starannie ubrana i umalowana, mimo, że pracowała zawodowo, ogarniała dwoje dzieci, gotowała i sprzątała cały dom. Jest matką, ale przede wszystkim kobietą i nie uważam, żeby przez to była gorszą mamą. Wręcz przeciwnie. Podziwiam to, że potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić – bycie matką nie zastąpiło bycia kobietą, lecz je uzupełniło i wzbogaciło.

Oczywiście na wszystko jest czas i miejsce. Uwielbiam szpilki, ale zakładam je do pracy lub na spotkania ze znajomymi. Kiedy spędzam czas z dzieckiem chcę mieć pełną swobodę ruchów, aby nic nie zakłócało naszej zabawy. Dlatego w domu i na spacery zakładam trampki i odzież sportową lub jeansy. Wszystko jednak jest czyste i schludne. Żadnych wypchanych kolan i plam po kaszy.

Kiedyś miałam w szafie całą kolekcję ubrań pod tytułem „do chodzenia po domu”. Do tej kategorii należały dziurawe jeansy, stare spodnie od dresu i wielkie koszulki, ale parę lat temu robiąc przegląd szafy pozbyłam się wszystkiego w czym wstydziłabym się pokazać na ulicy. Bo w końcu dlaczego mam narażać męża na gorsze widoki niż obcych ludzi?

Oczywiście „wolnoć Tomku w swoim domku”. Jeśli ktoś jest szczęśliwy w wytartym dresie i poplamionej koszulce, albo uważa, że matce nie wypada być atrakcyjną – to super. Bo w końcu o to chodzi, aby żyć w zgodzie z sobą samym. Jeśli jednak należysz do tych osób, to w zasadzie możesz skończyć lekturę w tym miejscu, ponieważ ja jestem odmiennego zdania.

Jeśli więc czujesz się zaniedbana i Ci to przeszkadza, to weź sprawy w swoje ręce! Problemem jest waga? Umów się z mężem w które dni tygodnia wychodzisz na siłownię/pobiegać, lub zacznij ćwiczyć w domu rano/wieczorem, kiedy dziecko jeszcze/już śpi. Przygotuj sobie zdrowe posiłki na cały dzień, tak, aby szybko można było je wyjąć, podgrzać i zjeść. Jeśli Cię stać, to świetnym rozwiązaniem będzie zamawianie posiłków na cały dzień w firmie cateringowej. Kurier rano dostarczy Ci wtedy menu na cały dzień.

Jeśli problemem jest ubiór sugeruję zacząć od przeglądu garderoby. W moim przypadku kluczem okazała się właśnie czystka w szafie, bo skoro pozbyłam się obciachowych ciuchów, to cokolwiek założę jest dobrze.(^_^)
A więc stare dresy jeszcze dziś przeróbcie na szmatki! Człowiek spędza z dzieckiem tyle czasu siedząc na podłodze lub w innych karkołomnych pozycjach, że naprawdę warto zainwestować w wygodne spodnie.

Lubisz styl sportowy?
W outletach znanych marek sportowych można upolować produkt dobrej jakości i w niskiej cenie. W swojej szafie wciąż mam dwie pary markowych spodni do aerobiku, które kupiłam na przecenie 5 lat temu. Wstyd? Wcale nie, ponieważ spodnie są tak dobre jakościowo, że nie straciły koloru, ani fasonu. Wciąż wyglądają jak nowe.

Wolisz jeansy?
To już nie są lata 90-te kiedy chcąc kupić jeansy szło się na bazar pod Pałacem, albo na Stadion (no chyba, że kogoś było stać na zakupy w sklepie Edyta), gdzie dostępny był zasadniczo jeden – aktualnie modny – krój. Teraz jeansy możemy kupić praktycznie w każdym sklepie odzieżowym lub outlecie. Dostępne jest takie bogactwo krojów i kolorów, że każdy znajdzie coś dla siebie – fason, który ukryje mankamenty figury i podkreśli jej zalety. Nie wiesz co dla siebie wybrać? Zaproś na zakupy partnera lub koleżankę, która według Ciebie ma wyczucie stylu.

Reszta to już pikuś! Do fajnych sportowych spodni, czy bawełnianej spódnicy zawsze pasować będzie T-shirt – gładki, lub z barwnym nadrukiem (chyba każdy ma coś takiego w szafie). Do tego baleriny, trampki, czy adidasy. Na koniec można dorzucić jakiś dodatek. Ja wciąż marzę, że nadejdzie taki dzień, kiedy zajmując się dzieckiem będę mogła założyć wiszące kolczyki, ale dopóki Di ciągnie za wszystko, co tylko pod łapkę jej podejdzie zadowalam się oryginalnymi szalami. I voila! Wyglądamy modnie i wygodnie!

Poza tym nadrzędną zasadą jest prostota – mniej znaczy lepiej(^_^).


Jako inspirację przywołam kilka gwiazd, które opiekując się dziećmi wciąż wyglądają oryginalnie i komfortowo. 

Małgorzata Socha
http://wiolinowyklucz.blog.onet.pl/

Jennifer Lopez
Źródło: http://img.ezinemark.com/

Jessica Alba
Źródło: http://3.bp.blogspot.com/


Heidi Klum
Źródło: http://x17online.com/


Victoria Beckham
Źródło: http://photofash.com/

Victoria Beckham
Źródło: purseblog.com
Katie Holmes
Źródło: http://i.dailymail.co.uk/







niedziela, 21 września 2014

Historia sake pisana


Żródło: http://news.3yen.com/

W ślad za ankietą przeprowadzoną w 2013r przez Ministerstwo Zdrowia, szacuje się, że aktualnie w Japonii jest 140.000 kobiet uzależnionych od alkoholu. To ogromny wzrost odkąd w roku 2003 podawano, że takich kobiet jest 80.000.

W Internecie trafiłam na historię Yumiko Miyata (65 lat), która również jest uzależniona. Alkohol zaczęła pić mając piętnaście lat. Była nieśmiała, a napoje wyskokowe pomagały jej zawierać znajomości. Z początku myślała, że to nieszkodliwa zabawa. Jednak w końcu życie zaczęło się jej wymykać spod kontroli.

Jak sama przyznała: „Na początku nie zastanawiałam się wiele nad piciem. To była zabawa i lubiłam smak alkoholu. Ale potem zaczęłam używać alkoholu, aby radzić sobie ze stresem. Jeśli raz zaczniesz używać alkoholu do rozwiązywania swoich problemów już nie będziesz w stanie kontrolować picia.”

Mając dwadzieścia kilka lat Miyata wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci. Jednakże nigdy nie przestała pić – ani podczas ciąży, ani kiedy karmiła piersią. „Jedną ręką przystawiałam dziecko do piersi, a w drugiej trzymałam drinka.” – powiedziała Miyata. „Dzisiaj patrzę w przeszłość i jestem przerażona tym co robiłam”.

Te słowa mną wstrząsnęły. Zastanawiałam się skąd wziął się tak znaczny wzrost alkoholizmu wśród Japonek w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Wytłumaczenie przyniosła wypowiedź Susumu Higuchi, dyrektora Kurihama Medical and Addiction Center. Stwierdził on, że wzrost ten spowodowany jest częściowo wzrostem liczby kobiet pracujących, ponieważ są one bardziej narażone na wyjścia do lokali, a dokładnie opisane prze ze mnie tutaj mocno zakrapiane spotkania ze współpracownikami.

Higuchi zwrócił też uwagę na to, że producenci alkoholu zaczęli kierować swoje reklamy do kobiet, gdyż ta część rynku była przez długi czas niezagospodarowana. I tak w telewizji atrakcyjne kobiety gaszą pragnienie szerokim wachlarzem piw lub gotowych drinków, które kuszą w sklepach barwnymi puszkami . 


Źródło: http://www.jpopasia.com/

Źródło: http://motejo.jp/

Źródło: http://draftbeer.jp/

Higuchi jednak ostrzega, że kobiety powinny mieć się na baczności, ponieważ mają mniejszą tolerancję na alkohol niż mężczyźni. A to dlatego, że ogólnie mają mniejsze ciała i organy wewnętrzne. Z tego względu stężenie alkoholu we krwi kobiet wzrasta szybciej niż u mężczyzn.

Na szczęście Japonki, mogą liczyć na wsparcie. Do niedawna dużym problemem, było to, że historycznie alkoholizm w Japonii był domeną mężczyzn. Grupy wsparcia składają się w większości z mężczyzn i kobietom trudno jest mówić otwarcie o swoich problemach podczas takich spotkań. Dlatego szpital Higuchiego ma oddzielny program dla kobiet, na który składa się terapia grupowa jak i indywidualna, gdyż wiele kobiet ma głęboko zakorzenione osobiste problemy związane z rodziną, mężem lub nawet wykorzystywaniem seksualnym w dzieciństwie.

Najważniejsze, że są historie z happy end’em. Miyata jest szefem jednej z filii organizacji Amethyst (grupy wsparcia dla kobiet) i jest trzeźwa od 28 lat. Mąż ją zostawił, ale Miyata cieszy się, że zostawił jej dzieci, ponieważ to one dały jej siłę, by skończyć z nałogiem raz na zawsze.

środa, 17 września 2014

RECENZJA: Zwierzęta w zoo (Sławomir Gowin)


Kiedy lekarz powiedział, że urodzi  się dziewczynka, mąż skwitował No! To teraz już wiadomo na co będziesz przepuszczać pół wypłaty – na ubranka dla córeczki. A jednak całkowicie go zaskoczyłam.
W moim domu jest blisko 1000 książek. Uwielbiam czytać i kocham książki – koniecznie te papierowe, pachnące farbą drukarską. I tak, nawet nie zorientowałam się,  kiedy zaczęłam kupować książeczki dla Di.

Jednak książka, o której chciałam dzisiaj napisać nie została kupiona przeze mnie, lecz przez moją mamę. Mowa tu o książce Zwierzęta w zoo autorstwa Sławomira Gowina wydanej przez wydawnictwo Wilga. Di dostała ją w prezencie jak miała 5 miesięcy i już od pierwszego dnia stała się jej ulubioną… zabawką. Tak. Nie pomyliłam się. Obserwując radość Di, kiedy wyciągam tę książeczkę  i sposób w jaki zarządza jej czytaniem, stwierdzam, że jest to dla niej świetna zabawa.


Na dziesięciu kartonowych stronach napisany jest zabawny wierszyk o rozśpiewanych zwierzętach – każda strona poświęcona jest innemu zwierzakowi (małpy, słoń, wilk, lew i delfin), a co najważniejsze przewracając kartę słychać odgłos „paszczowy” odpowiedniego bohatera. Strony są oczywiście pięknie ilustrowane, dlatego mamy mnóstwo możliwości czytania tej książki. Najmłodsze dziecko będzie miało frajdę z odtwarzanych dźwięków, trochę starsze, może cieszyć zabawna treść i barwne rysunki, a  jeszcze starsze dzieci możemy pytać o to, co znajduje się na ilustracjach, lub bawić się w znajdowanie, czy liczenie roślinek i zwierzątek. Obecnie dziewięciomiesięczna Di lubi sama przewracać strony, zatrzymując się na ulubionych dźwiękach. Ale uwaga – ze względu na mechanizm nie wolno zostawiać dziecka poniżej trzeciego roku życia sam na sam z książką.

Jeśli spodoba Ci się zrecenzowana książeczka, warto wiedzieć, że z tej serii pojawiły się również Zwierzęta na wsi, jednak zauważyłam, że zawarte w niej dźwięki kotka, konia, krowy, kaczki i psa nie przykuwają uwagi Di tak jak dźwięki zwierząt egzotycznych.


Zachęconych recenzją informuję, że Wilga wypuszcza raczej krótkie serie książek, dlatego najłatwiej dostać te książki w sklepach on-line.
Miłej lektury i zabawy (^_^)





poniedziałek, 15 września 2014

"Śledzik po japońsku" też lubi pływać

fot.japantimes.co.jp
W Polsce często słyszymy w  wiadomościach nieprawdopodobne wprost historie o nadmiernym spożyciu alkoholu. Wiele osób myśli, że jest to domena narodów byłego bloku wschodniego, tymczasem, pomimo, że konsumpcja alkoholu spada w większości krajów uprzemysłowionych, to w Japonii znacznie wzrosła.
W Japonii 60% osób z problemem alkoholowym to businessmani, którzy upijają się podczas spotkań z klientami lub współpracownikami. Jest to częścią ich obowiązków zawodowych i świadczy o lojalności wobec firmy. Typowy Japończyk spożywa 6,5 litra alkoholu rocznie. To wcale nie plasuje Japonii  w czołówce, ale istnieje co najmniej 6 innych powodów, dla których Japończycy borykają się z problemem alkoholowym.
1.       Wspólne picie
W japońskiej kulturze pełno jest niepisanych lecz ścisłych reguł i norm społecznych. Jedną z nich jest to, że gdy przełożony zaprasza Cię po pracy do izakaya (japoński pub) nie możesz odmówić. Etykieta takich pracowniczych wyjść wymaga by opróżnić szklankę w całości. Z kolei pusta szklanka natychmiast zostaje przez kogoś napełniona, a Ty aby nie urazić nalewającego, musisz wypić zawartość do dna i tak w kółko. Odmowa wypicia nie wchodzi w grę, gdyż oznacza obrazę i może skutkować zakończeniem kariery. Japońscy businessmani  wyznają zasadę, że powinieneś ufać swoim współpracownikom, a skoro ufasz to możesz się przy nich upić i stracić kontrolę. Jedynie osoba, która przyjechała samochodem pozostaje usprawiedliwiona.
Wiele takich spotkań planowanych jest na czwartek, by leczenie kaca w piątek w pracy dodatkowo cementowało więzy pracowników.
2.       Komunikacja
W Japonii nie należy mówić o swoich uczuciach, jedyne uczucie, które można wyrażać nieskrępowanie to radość i zadowolenie. Ale przyjęło się, że pozostałe uczucia można wyrażać w stanie nietrzeźwym. Wszystko co zostanie wówczas powiedziane zostaje wybaczone. Picie staje się swego rodzaju wentylem, a więc ma swoją ściśle określoną rolę.
3.       Samotność
Japonia to kraj introwertyków. Dzieci wychowywane są tak by ukrywać swoje uczucia. Niezależnie od tego jak się środku czują, ich twarze zawsze są spokojne i przyjazne. Skutkiem jest to, że tak naprawdę nie znasz swoich współpracowników. Alkohol pomaga ludziom szybciej się wyluzować i nawiązać bliższe relacje.
4.       Tolerancja
W Japonii picie alkoholu nie jest stygmatyzowane przez społeczeństwo. Japończycy starają się nikomu nie przeszkadzać i nie szokować, dlatego brak zakazów picia na ulicy czy w pociągu.
5.       Promocje
Restauracje, bary i pub’y mają w swojej ofercie alkoholowe sety, happy hour i innego rodzaju promocje na alkohol, co zachęca ludzi do zamawiania większych  ilości.
6.       Defekt genetyczny
Na szybkość upijania się ma bezsprzecznie wpływ pewien defekt genetyczny powodujący, że u większości Japończyków blokuje się enzym rozkładający aldehyd octowy (co ciekawe wywołuje to również halucynacje po spożyciu alkoholu). Stąd Japończycy upijają się często – dosłownie – do nieprzytomności.

Tolerancja Japończyków dla śpiących na ulicy businessmanów nie jest, jak się okazuje, nieograniczona. Bary Yaocho oraz agencja reklamowa Ogilvy and Mather wymyśliły nietypową kampanię:




Miałam okazję widzieć tę japońską degrengoladę i cieszę się, że w Polsce nie ma takiego zwyczaju, jak obligatoryjne upijanie się ze współpracownikami. Nie wyobrażam sobie, żebym po pracy zamiast spędzać czas z rodziną, musiała iść upijać się z kolegami i koleżankami z pracy (mimo całej dla nich sympatii).

No właśnie, a jak to jest ze, strzegącymi ognisk domowych, Japonkami? Szacuje się że w Japonii są ponad dwa miliony alkoholików (z czego leczy się zaledwie 22.000). Wśród nich jest podobno ok. 140.000 kobiet*. Dlaczego? Dowiecie się już wkrótce.

*Dane zaczerpnięte z japantimes.co.jp

sobota, 13 września 2014

Zabawki 2.0

fot.fasionmedia.pl

Kiedy byłam mała uwielbiałam wizyty w DH Smyk. Oczywiście najbardziej podobał mi się dział z zabawkami, w którym królowały pluszowe misie, gra w chińczyka i grzybobranie. Wczoraj z Di odwiedziłyśmy Smyk przy ul. Chmielnej.  Gdy tylko przekroczyłyśmy próg, znalazłyśmy się w dziale… nowych technologii [sic!]. Na regale równiutko ułożone pudełka z najnowszymi grami i konsolami, a na, dostosowanym do wzrostu dzieci, blacie wystawione są do testowania tablety, konsole i mp3. Dla kogoś kto, tak jak ja, wychował się kręcąc fikołki na trzepaku, bombardowanie dzieci nowymi technologiami jest szokujące. Może ktoś mnie uznać za staroświecką, ale uważam, że miejsce tabletów jest w marketach z elektroniką, a nie w sklepach z artykułami dla dzieci.

Przyznaję, że wciąż zaskakuje mnie gdy znajomi mówią, że ich siedmio-ośmioletnie dzieci mają swoje tablety. Owszem nie da się totalnie odciąć dziecka od nowinek technicznych, ale uważam, że zabawa na smartphonie, czy komputerze powinna być limitowana.

Pamiętajmy, że dziecko już będąc niemowlakiem obserwuje dorosłych, by za moment zacząć ich naśladować. Jeśli więc rodzice bez przerwy tkwią z nosami w tabletach, albo smartphonach niech nie oczekują od dziecka zainteresowania grzechotkami lub książkami.

Najnowsze badanie Digital Diaries pokazało, że więcej dzieci w wieku 2-5 lat potrafi korzystać ze smartphone’owych aplikacji (19%) niż wiązać własne buty (9%). Prawie tyle samo dwu- i trzylatków (17%), co cztero- i pięciolatków (21%) potrafi grać na smartphonie (więcej szczegółów tutaj).

Jednak postępu technologicznego nie da się powstrzymać. Rolą rodzica jest więc nauczyć dziecko rozsądnie korzystać z dobrodziejstw techniki.
Przede wszystkim dostęp do komputera czy telewizora powinien być limitowany. Myślę, że każdy z nas wie, jak wciągające potrafią być gry, filmiki, lub telewizja. Pamiętajmy, że pełne poczucie upływu czasu następuje dopiero u dzieci w wieku pomiędzy 7. a 11. rokiem życia. 

Równie ważne jest, aby nie sugerować dziecku, że granie na tablecie jest nagrodą. Wyobraźmy sobie, że rodzic mówi: Możesz pograć przez godzinę jeśli przeczytasz 20 stron książki. Słysząc taką wypowiedź dziecko łatwo wywnioskuje, że granie jest czymś ekstra, przyjemnością, czego z pewnością nie można powiedzieć o czytaniu. 

Jeśli Twój maluch ma 4 lata i już pozwalasz mu surfować po internecie warto nauczyć go  bezpiecznego korzystania z sieci. W tym celu powstały strony necio.pl i sieciaki.pl.
Natomiast w przypadku smartphonów, warto uświadomić dziecku, że wiele aplikacji jest płatnych i ustalić zasady ich  pobierania. W przeciwnym razie budżet domowy może zostać poważnie nadszarpnięty.

A co jeśli już zdecydowaliśmy się kupić dziecku jego własny tablet? Zadanie nie zawsze jest proste. Producenci na różne sposoby próbują sprzedać swoje produkty, a rodzice niezainteresowani nowinkami technologicznymi kupują je, nie znając ich możliwości i funkcji. Jeśli chcemy kupić urządzenie swoim dzieciom, to sami powinniśmy znać możliwości danego modelu i wiążące się z nimi ewentualne niebezpieczeństwa. Taki sprzęt powinien mieć przykładowo aplikację kontroli rodzicielskiej, która będzie filtrować niebezpieczne strony. Rodzic powinien też przetestować tablet, aby sprawdzić, czy jego obsługa nie jest zbyt trudna – jeśli rodzic sobie nie radzi, to czy dziecko da radę?


Warto też sprawdzić, czy sprzęt, który planujemy kupić ma rekomendację Polskiego Centrum ProgramuSafer Internet (PCPSI), które zajmuje się właśnie doradzaniem rodzicom w kwestiach odpowiedzialnego zakupu. Fundacja prowadzi kampanię „Zakupkontrolow@ny”, która ma ułatwić rodzicom zakup bezpiecznego prezentu dla dziecka, jak również ma wyedukować rodziców w kwestii nowoczesnych urządzeń. W końcu często spełniają one funkcje edukacyjne, wspomagają rozwój i poszerzają horyzonty naszych dzieci. 


Taki Smyk pamiętam: