środa, 14 stycznia 2015

8 rad jak wytrwać w postanowieniach noworocznych

źródło:22kilo.pl

Postanowienia noworoczne to najgorętszy styczniowy temat. Rozpoczęcie nowego roku skłania do refleksji jaki był miniony rok i co osiągnęliśmy. Te rozważania sprawiają, że chętnie podejmujemy nowe wyzwania, a ponieważ większość ludzi ma tendencję do prokrastynacji, to siłą rzeczy wszelkie zmiany planujemy od nowego okresu (od poniedziałku, od Nowego Roku). Nasze postanowienia są mniej lub bardziej ambitne i czasochłonne. Niestety ich mianownikiem wspólnym jest to, że na ogół nie wytrzymujemy w tych postanowieniach długo, co przyczynia się tylko do rosnącej w nas frustracji i obniżenia poczucia własnej wartości. Bowiem przyczyny niedotrzymanych postanowień szukamy często w sobie. Mówimy wówczas "mam słabą wolę", "jestem beznadziejny, bo niczego nie potrafię doprowadzić do końca".
Dzisiaj więc napiszę jak się zabrać za postanowienia noworoczne tak, aby miały szansę zostać zrealizowane?

Jest takie powiedzenie DREAM BIG, ale takie WIELKIE postanowienie już w przedbiegach może nas wystraszyć. Jak zabrać się do tak wielkiego postanowienia jak zrzucenie kilkudziesięciu kg lub przebiegnięcie maratonu?
Trzeba podejść do tego tak jak do konsumpcji słonia. Jak zjadłbyś słonia? Pewnie po kawałku(^_-)!

1. Na początek ustal dokładnie dokąd zmierzasz. Twój cel powinien być SMART (akronim od ang. Simple, Measurable, Achievable, Relevant, Timely defined), czyli prosty, mierzalny, osiągalny, istotny, określony w czasie. Te wytyczne pozwolą Ci łatwiej podzielić "słonia" na kawałki. Jeśli określisz, co jest dla ciebie naprawdę ważne i na czym ci zależy, łatwiej będzie Ci podjąć wyzwanie, ponieważ dostrzeżesz w tym działaniu głębszy sens i cel. Dzięki temu również łatwiej wzbudzisz w sobie motywację do jego osiągnięcia.
Posłużę się przykładem odchudzania. Ustal precyzyjnie, co uznasz za sukces (np. zrzucenie 15kg,  albo zmieszczenie się w rozmiar 36), ale niech to będzie realne. Równie istotne jest określenie czasu, w jakim chcesz to postanowienie zrealizować. Posiadanie ram czasowych będzie dodatkową motywacją do działania i jest niezbędne do stworzenia planu działania.
2. Skoro już wiesz dokąd zmierzasz, czas ustalić plan działania. Najlepiej zaznaczyć na osi czasu "kamienie milowe" (to jest nasze dzielenie słonia na kawałki), czyli pośrednie małe cele na drodze do realizacji postanowienia (w przypadku odchudzania, to może być np. utrata 3kg na miesiąc).

Zastanów się co musi się zadziać abyś osiągnęła swój cel. Jeśli chcesz schudnąć pomocne może być zapisanie się na siłownię (a może bardziej zmotywuje Cię trener osobisty), przejście na dietę, wybieranie schodów zamiast windy. Samo hasło "przejście na dietę" też może się okazać za dużym kawałkiem do przełknięcia. Może więc na początek ogranicz słodycze i jedz je tylko w weekend. Pamiętaj, że plan musi być jak najbardziej precyzyjny. Jeśli zostawisz miejsce na luźną interpretację, lub nie określisz tzw. deadline'u, to najpewniej sobie odpuścisz.

W poprzednim punkcie wspominałam, że postanowienie musi być SMART. Ale sam plan, też powinien taki być. Może nie warto od razu planować, że będziesz ćwiczyć 5 razy w tygodniu, ponieważ zapał może szybko minąć. Ułóż taki plan, w którego realizację wierzysz.


Realizacja postanowień noworocznych wiąże się z koniecznością wygospodarowania dodatkowego czasu. Weź to pod uwagę tworząc plan działania. Czy znasz regułę 60/40? Zgodnie z nią należy planować tylko 60% czasu. Pozostałe 40% przeznaczone jest na wypadki losowe (lub jak kto woli fuck-up'y). Dzięki temu zawsze jesteśmy wygrani, ponieważ nawet w przypadku problemów, na koniec dnia mamy wszystkie punkty odhaczone. Jeśli zaś wszystko pójdzie jak po maśle, to masz 40% czasu gratis, który możesz poświęcić na relaks, lub na realizację kolejnych zadań.
3.Zobowiązanie się przed sobą do realizacji celu może się okazać dobrym motywatorem. Wystarczy, że zwierzysz się ze swojego postanowienia najbliższym. Niezrealizowane postanowienie doprowadzi wówczas do dysonansu poznawczego, czyli stanu nieprzyjemnego napięcia wynikającego z niezgodności tego, co publicznie ogłosiłaś, z tym, co naprawdę robisz (a raczej nie robisz(^_-)). Ta mała sztuczka psychologiczna, bywa bardzo motywująca, ponieważ pomoże Ci opuścić strefę komfortu i zmobilizować się do działania. 

4. Obiecaj sobie nagrodę za realizację poszczególnych etapów. Nagroda na zakończenie projektu może się zdawać zbyt odległa, a zresztą, gdy osiągniesz swój cel już sam fakt zrealizowania postanowienia będzie nagrodą.
Myśl o nagrodzie będzie kierować Twoje myśli na realizację zadania, a nie na przeszkody, które musisz pokonać.

W przypadku diety to może być jeden posiłek w dobrej restauracji (ale bez dokładek - w końcu nie chcesz zaprzepaścić efektów), lub wizyta w spa (zabieg nadający elastyczność skórze byłby zresztą wskazany w przypadku diety), jeśli osiągniesz cel pośredni.

5. Wizualizuj!
Wizualizacja jest techniką, której powodzenie zostało potwierdzone, ale tylko w niektórych przypadkach. Zacznę od tego do czego nie warto stosować wizualizacji. Otóż nie ma sensu wizualizować sobie, że wsiadasz do czerwonego Ferrari pachnącego nowością i skórzaną tapicerką (wbrew temu co mówi wielu coachów). Nie dowiedziono naukowo, żeby tego typu wizualizacja faktycznie przyciągała obiekt wizualizacji, czyli w tym przypadku Ferrari.

To co jednak faktycznie działa, to np. wizualizowanie sobie czynności, którą doskonalimy. Dowiedziono tego już dawno temu i stosuje się to często w psychologii sportu. Eksperyment, o którym mowa polegał na losowym podzieleniu sportowców na dwie grupy. Jedna grupa poza codziennymi ćwiczeniami miała za zadanie wizualizować sobie swoje treningi. Grupa druga odbywała tylko treningi w realu (takie same jak w grupie pierwszej). Kiedy porównano ich wyniki, okazało się, że większe postępy poczyniła grupa, która dodatkowo stosowała wizualizacje, bowiem podczas wizualizacji w mózgu wytwarzają się takie same powiązania, jak te które powstają gdy wykonujemy czynność w realu. Mózg nie do końca rozróżnia prawdziwe i wyobrażone czynności. Badania wykazały, że u osób codziennie wizualizujących ćwiczenia odnotowano pewne zwiększenie siły mięśni. Oczywiście nie był to postęp tak duży, jak u osób faktycznie ćwiczących, niemniej jednak uważam to za niezwykły dowód siły wizualizacji(^_^).

Wizualizacja pozwala również na "zobaczenie" i "poczucie" własnego sukcesu. Samo to wpływa pozytywnie na nasz umysł i pobudza do podjęcia działań.

Wizualizacja sprawdza się też jako np. przygotowanie do spotkania. Odtwarzając w głowie hipotetyczny przebieg zdarzeń możemy lepiej się przygotować, na ewentualne niespodzianki. Możemy więc nie tylko lepiej zaplanować poszczególne czynności, ale też zwrócić uwagę na ewentualne przeszkody.

Oczywiście wizualizacja jest też przydatna w terapii behawioralnej. W
edług zwolenników terapii behawioralnej, dzieje się tak z kilku powodów:
  • im bardziej realnie jest przedstawiony obraz, tym realniejszy staje się osiągany cel
  • im bardziej konkretna jest wizja celu, tym korzystniejsza jest ocena prawdopodobieństwa jego osiągnięcia
  • obrazowa forma celu i sposobów jego osiągania jest silnym wzmocnieniem w ramach autosugestii swych możliwości
  • realistyczny obraz jest mocniejszym wzmocnieniem pozytywnym niż nagroda w postaci werbalnej lub pojęciowej.

6. Jeśli zaczynasz tracić wiarę we własne siły, lub siłę woli, zapytaj siebie: "Co się stanie, jeśli nie osiągnę tego celu?". Przeanalizuj negatywne konsekwencje niezrealizowania celu. Pytanie to wzbudza tzw. negatywną motywację. O motywacji negatywnej często mówi się niepochlebnie, jednak w przypadku wielu ludzi jest ona skuteczniejsza od motywacji pozytywnej. Najczęściej ma to miejsce w przypadku osób, które chętniej zrobią coś po to, aby pozbyć się problemów, niż zyskać dodatkowe korzyści.

7. Ci , na których bardziej działa motywacja pozytywna, w chwilach zwątpienia, powinni sobie zadać pytanie: "Co się stanie, gdy osiągnę cel?". To pytanie kieruje z kolei Twoją uwagę na motywację pozytywną, czyli pozwala odkryć korzyści, jakie możesz czerpać z tego, że weźmiesz się solidnie do pracy.

8. We wstępie wspomniałam o prokrastynacji, że lubimy coś odwlekać i zawsze zaczynamy "od jutra", "od poniedziałku", "od nowego roku".
Przyznam się, że 
w zeszłym roku po raz pierwszy nie postawiłam sobie żadnego postanowienia noworocznego, ponieważ każdy moment jest dobry aby zacząć i nie warto czekać ze zmianami do nowego roku. Dlaczego nie zacząć dzisiaj (w środę)? w końcu to jest tak samo dobry dzień jak poniedziałek, piątek, czy niedziela. Po co odwlekać zmiany na lepsze? Jak mówi chińskie przysłowie, nawet stumilowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Jeśli już dziś zaczniesz coś robić, łatwiej będzie ci to kontynuować. Jest taka metoda doskonalenia siebie wywodząca się z kaizen. Zgodnie z nią wszelkich zmian dokonuje się, zaczynając od jednej minuty.
A więc zacznij od minuty dziennie poświęconej na ćwiczenia, czy wejście po schodach (trzymam się cały czas przykładu ze zrzucaniem wagi). Codziennie możesz zwiększać czas dokładając kolejną minutę. Aż w końcu, kawałek po kawałeczku i okaże się... że zjadłaś tego WIELKIEGO słonia.


Jeśli macie jakieś swoje patenty na dotrzymywanie postanowień noworocznych, podzielcie się w komentarzach.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Seijin no hi, czyli jak Japończycy wchodzą w dorosłość


Niedawno pisałam o Urodzinowej Kapsule Czasu, którą jej właściciel otworzyć ma w osiemnaste urodziny. Dlaczego właśnie na osiemnastkę? Tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba, no bo nie ma ważniejszych urodzin niż te, które sprawiają, że stajemy się pełnoletni. Japończycy muszą jednak dłużej czekać na tą ważną dla siebie okazję (pełnoletniość osiąga się tam w dniu dwudziestych urodzin i pozwala ona na uczestniczenie w życiu politycznym, legalne picie alkoholu, palenie papierosów, wchodzenie do hostess barów, granie w gry typu pachinko, czy prowadzenie samochodu), ale kiedy wreszcie staną się pełnoletni, czeka ich wielka celebracja - Seijin no hi [czyt. sejdzin no hi], czyli Dzień Dorosłych.

Seijin no hi to święto stosunkowo "młode", ponieważ ustanowiono je zaledwie 67 lat temu (1948). Wywodzi się z tradycji shintoistycznej, a dokładnie z ceremonii genpuku. Wtedy 10-16 letni chłopcy z rodzin samurajskich otrzymywali tzw. eboshi (rodzaj nakrycia głowy) oraz imię, którym posługiwali się od tej pory. Podobną funkcję miały rytuały kanrei (dla arystokracji) oraz fundoshi (dla chłopców z ludu). Za dorosłe uznawano dziewczynki, które przeszły ceremonię mogi, podczas, której otrzymywały kimono (zwykle pomiędzy 12 a 16 rokiem życia).
Seijin no hi początkowo obchodzono 15. stycznia. W 1999r. Japonia wprowadziła tzw. Happy Monday System, zmieniając tym samym daty większości świąt na ruchome. Tak więc od 2000r. gro świąt odbywa się w dany poniedziałek miesiąca. Celem ustawodawców było, aby w roku zawsze była odpowiednia liczba dni wolnych od pracy, co jest bardzo istotne w kraju, w którym nie wypada brać zwolnień lekarskich ani urlopów (tam nikt nikogo nie wysyła przymusowo na zaległy urlop).
Wracając do tematu. W związku z powyższymi zmianami od roku 2000 Seijin no hi świętowane jest w drugi poniedziałek stycznia.

Wszelkie uroczystości dedykowane są tym, którzy po 2. kwietnia poprzedniego roku ukończyli 20 rok życia lub osiągną pełnoletniość do 1. kwietnia bieżącego roku.
Celebracja odbywa się w rodzinnych gminach świeżo upieczonych dorosłych.
Kilka lat temu akurat w Seijin no hi znalazłam się przy urzędzie w Asakusie (dzielnica Tokio). To właśnie tam miała się odbyć ceremonia Seijin shiki [czyt. sejdzin siki] dla tej gminy. Jak się dowiedziałam, podczas ceremonii przedstawiciel władz informuje wchodzących w dorosłość Japończyków o ich nowych obowiązkach. Podczas ceremonii uczestnicy otrzymują też przeważnie drobne upominki.
Kolejnym punktem programu jest wizyta w świątyni i/lub spotkanie z rodziną i przyjaciółmi. Dziewczęta z pewnością nie odmówią sobie tego dnia zrobienia purikury.

źródło:kouzono-dental.com
Purikura

źródło:blog.crooz.jp
Jedno ze zdjęć z arkusza purikury.
źródło:dclog.jp
Jedno ze zdjęć z arkusza purikury.
Na zdjęciu dopisano: Seijin Shiki, czyli Ceremonia Wejścia w Dorosłość.

źródło:ameblo.jp
Jedno ze zdjęć z arkusza purikury.
Na zdjęciu dopisano: Seijin Shiki, czyli Ceremonia Wejścia w Dorosłość.
źródło:battle-news.com
Jak widać na purikurze zdarzają się też niecenzuralne gesty.


źródło:photozou.jp
Mimo, że panowie bardzo rzadko decydują się na purikurę, to jednak w seijin no hi są skłonni zrobić wyjątek.
Na zdjęciu dodane są imiona.


W ostatnich latach dochodzi tego dnia do nieprzyjemnych incydentów. W 2002 roku w Naha (na Okinawie), aresztowano 7 osób, które staranowały policyjną blokadę w celu zawiezienia na ceremonię baryłki sake. Coraz częściej podczas oficjalnych przemówień, a nawet podczas hymnu puszczane są petardy, mówcy są przekrzykiwani i obrzucani majonezem. Na szczęście od pięciu lat liczba incydentów maleje (w 2012r. liczba ta była rekordowo niska, ale najprawdopodobniej ma to związek z trzęsieniem ziemi z 11.03.2011).

Jednak to co najbardziej zauroczyło, zarówno mnie, jak i eM to przepiękne stroje! To trochę jakby się znaleźć w roju kolorowych motyli. Wszystkie dziewczęta miały stroje dopracowane w najmniejszym detalu: od fryzury po manicure! Pomyślałam sobie, że dla wielu dziewcząt oczekiwanie na Seijin no hi, musi być prawie tak kultowe jak oczekiwanie na ślub dla niektórych kobiet w naszym kręgu kulturowym. Jednocześnie jest o tyle lepsze, że nie grozi rozwodem, czy podziałem majątku (^_-).


To jakby się znaleźć w roju barwnych motyli.
Gdzie się nie odwrócisz widzisz kolorowe kimona, a wokół dziewcząt fotoreporterzy.


Przyjęło się, że kobiety biorące udział w Seijin shiki zakładają przepiękne i oczywiście bajońsko drogie kimona (nie mylić z yukatą) typu furisode. Furisode [czyt. furisode] (dosłownie "powiewające rękawy") charakteryzuje się długimi rękawami. Zwykle ich długość to 99-107cm. Noszą je tylko panny, gdyż tego typu rękawy uznawane są za uwodzicielskie.
Jakby na potwierdzenie tej reguły wśród obserwowanych przez nas młodych ludzi zdecydowanie wyróżniała się dziewczyna, która przyszła z dzieckiem i mężem. Oczywiście jako mężatka nie była ubrana w furisode, lecz w czarną sukienkę.

Tylko panny mogą nosić furisode.

Furisode szyte jest z dobrej jakości jedwabiu w żywych kolorach. 
Zazwyczaj da się je kupić w granicach 100.000 - 300.000yenów (ok. 3.000-9.000zł), ale jego cena może sięgać nawet 1.000.000 yenów (wg. aktualnego kursu to 30.500zł), dlatego wiele dziewcząt wybiera kimona z wypożyczalni, lub odziedziczone. 
Oczywiście kimono to zaledwie początek. Do tego trzeba przecież dobrać zori [czyt. dzori] (rodzaj sandałów), torebkę, fryzurę, ozdoby do włosów, czy manicure, a jeśli jest zimno (w końcu to styczeń w Japonii, gdzie różnica temperatur jest bardzo duża np. dzisiaj mamy +15C na Okinawie i -5C na Hokkaido - w niektórych rejonach nawet -10C) to przyda się i futrzany (podobno najczęściej sztuczny) 
kołnierz.
Wszystko musi ze sobą współgrać - nawet manicure.

Na tydzień przed Seijin no hi w Nagano można było nabyć 25-cio częściowy zestaw za 148.000yenów, czyli ok.5.600zł.
Na kartce pod ceną wyszczególnione są wszystkie części tego zestawu.

źródło:pinterest.com
Jak to w styczniu: śnieg też czasem się zdarza.
Dziewczęta prezentują swoje zori.
O ile Japończycy są raczej wstydliwi, tego dnia pozują bardzo chętnie.
Zróżnicowanie stylów jest spore.
Założenie takiego kimona nie jest prostą sprawą, szczególnie zważywszy na fakt, że coraz rzadziej się je nosi (potrafiłabyś dzisiaj założyć gorset i suknię z krynoliną?). Dlatego często kobiety przed ceremonią udają się nie tylko do fryzjera, ale również do specjalnych salonów, w których przygotowywane są do wyjścia.W przypadku mężczyzn nie ma takiego szału i wodotrysków, ponieważ najczęściej zakładają oni po prostu elegancki garnitur (chociaż osoby nienawykłe do stylu i fryzur Japończyków mogą się ze mną nie zgodzić). Zazwyczaj trafia się jednak kilku mężczyzn z rodzin bardziej konserwatywnych. Ci ubierają na tę okazję tradycyjne ciemne kimono i hakama (taki zestaw nazywa się hakamashita), czyli element ubioru wiązany w pasie i sięgający kostek.
Hakama występują w dwóch wersjach: Umanori (hakama do jazdy konnej), które ma szerokie nogawki, oraz Andon hakama (hakama lampionowe), które nie mają osobnych nogawek.

Zasadniczo hakama mogą być noszone i przez mężczyzn i przez kobiety, ale prawdę mówiąc dziewczęta w hakama widziałam tylko jeśli były to kobiety służące w świątyniach lub idące na ceremonię zakończenia szkoły.


Panowie zakładają na tę okazję garnitur lub hakamashita.

W portalu Telegraph był swego czasu ciekawy wywiad z Panią Sugano Ogami - właścicielką jednego z wcześniej wspomnianych salonów pomagających w przygotowaniach. Ogami prowadzi swój biznes od ponad 20 lat. W Seijin no hi od godziny 5 rano w jej studiu zjawia się ponad 100 osób. Ubranie, uczesanie i umalowanie jednej osoby zajmuje Ogami ok. 20 minut (ja w 20 minut to zdążę się umalować i uczesać, ale jak ważne wyjście to potrzebuję z godzinę - jak ta kobieta to robi?!). 
Oczywiście przygotowania należy rozpocząć odpowiednio wcześnie gdyż rezerwacje na wypożyczenie kimon pojawiają się już z 11 miesięcznym wyprzedzeniem.Większość klientów tego dnia wybiera tradycyjne stroje, ale zdarzają się też osoby z niecodziennymi pomysłami. Ogami wspomina kobietę, która poprosiła o skrócenie kimona do kolan, aby w pełni mogła zaprezentować swoje buty na koturnie. Ale nie tylko kobiety mają ekscentryczne pomysły. Ogami wspomina też mężczyznę, który po ubraniu hakamashita wsiadł na konia i odjechał na miejsce ceremonii.

Obserwowanie kolorowego, rozbawionego tłumu, było hipnotyzujące. Wśród "wchodzących w dorosłość", były też ich rodziny, fotoreporterzy i ekipy telewizyjne. Okazało się, że my też stanowiliśmy dla fotoreporterów niemałą atrakcję, bowiem miało to miejsce jeszcze wtedy, kiedy biali turyści mówiący po japońsku występowali w przyrodzie z taką częstotliwością jak panda. Pytano nas skąd jesteśmy, czy wiemy co tu się dzieje i czy nam się podoba. Z ochotą odwzajemniłam się pytaniami o nieznane mi wcześniej szczegóły. Oczywiście jak każdy Japończyk spotykający na swej drodze pandę, zostaliśmy obfotografowani z każdej możliwej strony.

Wśród gapiów sporą grupę stanowiła prasa.

Jedna z wchodzących w dorosłość dziewcząt udziela wywiadu.


Niestety w związku z trwającym od trzydziestu lat spadkiem urodzeń (pisałam o tym TUTAJ), również wchodzących w dorosłość jest z roku na rok co raz mniej - w ciągu ostatnich dwóch dekad ich liczba w dzielnicy Shibuya zmniejszyła się aż o 70% (dane zaczerpnięte z http://www.japanvisitor.com/japanese-festivals/adults-day).
Jeśli po przeczytaniu tego tekstu macie jakieś pytania, to śmiało zadawajcie je w komentarzu na blogu lub na FB.Na koniec zachęcam do obejrzenia filmików, gdyż oddają one atmosferę lepiej niż zdjęcia.

Domowe przygotowania:

Relacja z Seijin shiki w Sendai (napisy w języku angielskim):

Nagrane przed rozpoczęciem Seijin shiki w Tsukuba (napisy w języku angielskim):

Nagrane przed rozpoczęciem Seijin shiki w Kyoto:



sobota, 10 stycznia 2015

Pierwsza "rozdawanka" od CzasuGlamMam

Do zgarnięcia są kolczyki widoczne na zdjęciu!

UWAGA! UWAGA!

Mam przyjemność ogłosić pierwszą „rozdawankę” od CzasuGlamMam(^_^).

Do zgarnięcia jest prawdziwa rzadkość w Polsce, czyli kolczyki wykonane japońską techniką trójwymiarowego zaplatania koralików. 
Utrzymane są w tonacji czerwieni, bordo i złota, a więc będą pasować do zimowych stylizacji.
Kolczyki są unikatowe, ponieważ wykonywane są w pojedynczych egzemplarzach.

Ponieważ to pierwsza „rozdawanka” zasady są banalnie proste:

1. Polub fanpage CzasGlamMam na Facebooku
2. Polub konkursowy post na Facebooku
3. Skomentuj go. W komentarzu wpisz jaka według Ciebie jest mama, która jest glam (glamorous).
4. Zgłoszenia przyjmowane będą do 16.bm. (piątek) do północy. Spośród osób, które spełnią powyższe wymagania, zostanie wylosowana jedna. Nazwa jej profilu zostanie wpisana w komentarzu pod postem 17.bm. (sobota).
5. Zwycięzca proszony jest o podanie na prv adresu, na który mam wysłać kolczyki.
6. Jeśli po upływie 3 dób od ogłoszenia zwycięzcy, ten nie skontaktuje się ze mną. Zostanie wylosowana kolejna osoba.

P.S. Kolczyki są jeszcze ładniejsze niż na zdjęciu, po prostu kiepski ze mnie fotograf:/





piątek, 9 stycznia 2015

Dzień Babci i Dziadka: Ponad 10 pomysłów na laurki dla dzieci w różnym wieku


źródło:stylowi.pl
Już za dwa tygodnie Dzień Babci i Dziadka. A to niezwykle ważna okazja, ponieważ to oni służą nam radą i pomocą, opiekują się wnuczkiem, kiedy chcemy wyjść z mężem na randkę, opowiadają maluchowi bajki, lepią ulubione pierogi i zabierają nad staw by nakarmić kaczki. Oni nigdy nie zapominają o Dniu Dziecka, dlatego my też powinniśmy pamiętać o ich Święcie.

W zeszłym roku moi rodzice pierwszy raz przeżywali Dzień Babci i Dziadka jako Dziadkowie. Wprawdzie Di była na etapie robienia wyłącznie rzeczy na S (ssanie, ślinienie, siusianie i sr...nie), ale i tak stwierdziłam, że świeżo upieczeni Dziadkowie powinni dostać laurkę. 
Chciałam aby laurka miała jakiś osobisty akcent związany z Di, dlatego zdecydowałam się na kartkę z odciskiem stópek. Była to kartka 3D z motylkiem ułożonym z odcisków stóp. Była też tęcza, chmurki kwiatki i w ogóle kartka wyszła pięknie (niestety nie mam zdjęcia, żeby tu wrzucić).

I właśnie to jest moja pierwsza propozycja. W przypadku dzieci, które jeszcze kompletnie nic nie potrafią wkomponujmy w kartkę odcisk dłoni lub stopy. Ja użyłam do tego zwykłych farb plakatowych wychodząc z założenia, że w ciągu minuty, bo tyle dziecko miało na stopie farbę, nic szkodliwego nie przeniknie, ale jeśli się boicie, to użyjcie jadalnych farb (przepis znajdziecie na fan pagu GlamMam na Facebooku).
A oto garść inspiracji:

źródło: candacecreations.blogspot.com
źródło:dailymesses.com
źródło: galleryhip.com

Oczywiście jeśli macie kilkoro dzieci fajnym pomysłem będzie wspólna laurka, np. łąka lub bukiet kwiatów z dłoni, akwarium pełne rybek, czy może ZOO z różnymi zwierzakami.

źródło:funchannel.net
Jedynak może zrobić laurkę w kształcie kulistego akwarium ze złotą rybką,
jeśli dziecko ma rodzeństwo wspólnie mogą stworzyć akwarium z ławicą ryb.

źródło:cheapcraftymama.com
Jak zrobić takie zwierzaki dowiesz się TUTAJ
źródło:pinterest.com
źródło:pinterest.com
źródło:pinterest.com
Dla dzieci do lat trzech też proponowałabym kartki z odcisków dłoni. Ewentualnie proste wydzieranki lub przyklejanie gotowych kształtów wyciętych np. ozdobnym dziurkaczem. Podoba mi się również technika polegająca na przyklejaniu kuleczek z bibuły, tak aby wypełnić narysowany kształt.

źródło:besttoddlertoys.eu

Możliwości dzieci starszych są już znacznie mniej ograniczone. Możemy zaproponować zrobienie kartki 3D, a nawet origami (wszystko zależy od fantazji i zdolności manualnych dziecka).

Moim zdecydowanym faworytem są poniższe kartki origami. Jeśli chcesz je odtworzyć, zamieszczam filmiki z instrukcją origami.
źródło:stylowi.pl







Poniżej wrzucam tutoriale moich ulubionych propozycji.








Di uwielbia pisaki (szczególnie moje frixion), ale gryźć, dlatego w tym roku chyba zdecydujemy się na malowanie palcami jadalną farbą.
Zdradzę jednak w tajemnicy, że nasza tegoroczna "laurka" będzie miała znacznie więcej stron.






środa, 7 stycznia 2015

Urodzinowa kapsuła czasu, czyli pomysł na zachowanie wspomnień z pierwszych urodzin dziecka

źródło: etsy.com

Pierwsze urodziny dziecka, to wyjątkowe wydarzenie. Cała rodzina wydzwaniała do mnie w celu konsultacji prezentu, z propozycją pomocy w przygotowaniach oraz z pytaniami o kapsułę.

Na temat samych urodzin, ich przygotowania (od menu po dekoracje) pisałam TUTAJ. Wspomniałam wówczas, że zdecydowałam się zrobić Urodzinową Kapsułę Czasu. Pomysł zaczerpnęłam z zagranicznych stron internetowych. Założenie jest proste: chodzi o to by zamknąć w "kapsule" wspomnienia z pierwszego roku życia maluszka i wyjąć je siedemnaście lat później, czyli w osiemnaste urodziny dziecka.
Pomysł przypadnie do gustu tym, którzy tak jak ja są sentymentalni i lubią wspominać jak to kiedyś było.
Jeśli zdecydujesz się na zrobienie kapsuły, musisz liczyć się z ewentualną niechęcią i krytyką rodziny. Nie każdy ma chęć wymyślać co by tu do kapsuły dołożyć i mogą się znaleźć tacy, którzy stwierdzą, że zawracasz im głowę. Jednak przy odrobinie dobrej woli i współpracy z pewnością uda się Wam skompletować ciekawą zawartość.
Miejmy świadomość, że za te kilkanaście lat części osób już z nami nie będzie. Z jednej więc strony kapsuła może się wydawać pomysłem na poły przerażającym, ale z drugiej strony będzie to (jakże osobista) pamiątka po krewnym, którego być może ledwo będzie pamiętać.

Druga przykrość może spotkać Cię po tych siedemnastu latach, kiedy kapsuła zostanie otwarta, a Twoje dorosłe już dziecko nie wykaże żadnego nią zainteresowania (na tę ewentualność leżakuję już od roku wino (^_-))

Zacznijmy jednak od początku.

Skąd wziąć kapsułę?
Osobiście nie planowałam zakopywania kapsuły w ogródku, dlatego zdecydowałam, że kapsuła Di będzie po prostu ozdobnym pudełkiem wielkości mniej więcej pudełka po butach.
Najprostsze rozwiązanie, ale równocześnie nie najtańsze, to zamówienie pudełka ozdobionego przez kogoś, kto zajmuje się scrapbookingiem. Wtedy możemy dokładnie opisać czego oczekujemy, kolorystykę, napisy itp. Płacimy i czekamy na efekt.

Ja wybrałam rozwiązanie pośrednie. Kupiłam pudełko ozdobne (tzw. na prezent), a następnie akrylową farbką dodałam informację, czyja to kapsuła i kiedy należy ją otworzyć (więcej informacji w opisach pod zdjęciami).

Materiały: pudełko ozdobne, farbka akrylowa, pojemniczek z wodą, cieniutki pędzelek, kalka (tak właśnie, zwykła kalka kopiująca tzw. maszynowa), wzór, który chcesz przenieść na pudełko i cienko piszący twardy długopis.

Wybrany motyw/napis przenieś na pudełko za pomocą kalki i długopisu.
Odbity przez kalkę kontur wypełnij farbką.
Na tym zdjęciu widać (u góry) napis wypełniony farbką i (u dołu) kontur odbity przez kalkę, za którego wypełnianie zaraz się zabiorę.
Nie zapomnij dodać datę otwarcia kapsuły.

Rozwiązanie najtańsze, ale pochłaniające najwięcej czasu, to po prostu samodzielne ozdobienie pudełka po butach kolorowymi papierami, taśmami washi, zdjęciami, lub jakkolwiek Ci się podoba.

Jeśli jednak naprawdę chcesz zakopać kapsułę w ogródku, do zadania musisz podejść z głową. Po pierwsze to jest bardzo kosztowna opcja. Serio. Baaaardzo kosztowna!
Po wstępnym wywiadzie znalazłam jeden sklep internetowy w Polsce sprzedający kapsuły i to bardzo profesjonalne. Cena 4.000PLN.
Zagranicą kapsuły są dosyć popularne więc najprostszą, niewielką, cylindryczną kupisz już za 40USD. Ale to nie koniec wydatków. Pomijając koszt transportu z zagranicy, trzeba się jeszcze zaopatrzyć w poduszeczki odciągające wilgoć, specjalne koperty chroniące przed mikrobami i multum tym podobnych akcesoriów. Te akcesoria są naprawdę niezbędne jeśli za te siedemnaście lat nie chcesz przeżyć rozczarowania, bo zawartość kapsuły zgnije.
Jeśli to Cię nie zniechęciło i wciąż chcesz zakopać kapsułę w ziemi, to TUTAJ znajdziesz wszystko co będzie Ci potrzebne. No może z wyjątkiem szpadla (^_-).

Poinformuj gości
Jak już pisałam TUTAJ zdecydowałam się na papierowe zaproszenia na przyjęcie urodzinowe maluszka. Do koperty dołączyłam informację o tym, że będziemy tworzyć kapsułę oraz prośbę o przyniesienie czegoś niewielkiego kojarzącego się z minionym rokiem, dzieckiem lub jego urodzinami.




Co schować do kapsuły
Dołączyłam również coś w rodzaju ankiety, a dokładnie list z lukami do wypełnienia przez gości. Moim celem było ułatwienie gościom decyzji o tym jaką wiadomość zostawić dla osiemnastoletniej Di. Oczywiście powiedziałam, że jest to tylko propozycja i że każdy może po prostu napisać coś od siebie.

Ankieta podobnie jak zaproszenie była ozdobiona monogramem Di.

Pytanie: co oprócz życzeń włożyć do kapsuły? U nas dominowały zdjęcia rodzinne. Znalazła się też oczywiście gazeta z dnia pierwszych urodzin (zachowaliśmy również gazetę z dnia narodzin Di), pamiątki rodzinne darzone sentymentem, a nawet zdjęcia miejsc ważnych dla Warszawiaków i/lub dla rodziny (ciekawe jak te miejsca zmienią się w ciągu prawie dwóch dekad).
Najlepiej zadać sobie pytanie, co byłoby dla Ciebie ciekawe lub wartościowe gdybyś to Ty otworzył(a) taką kapsułę w dniu osiemnastych urodzin?
Ogranicza Cię tu tylko wyobraźnia i rozmiary kapsuły (^_-).
Ważna uwaga: Na odwrocie rozsyłanego przeze mnie listu była rubryka dotycząca pamiątki załączanej do kapsuły. Chodzi o to by w momencie otwarcia kapsuły wiadomo było kto, co i dlaczego do niej włożył.

Co dalej?
Zamknij kapsułę, lub zapieczętuj dla lepszego efektu. I schowaj najlepiej w miejscu niedostępnym dla dziecka. W moim przypadku kapsuła wylądowała na najwyższej półce w garderobie, schowana dla niepoznaki w jeszcze inne pudełko.

Podsumowując myślę, że największy problem jaki pojawił się przy tworzeniu kapsuły, to negatywne nastawienie otoczenia ("nie masz co wymyślać?", "nie mam czasu na takie bzdury"), ale koniec końców wszyscy stanęli na wysokości zadania!
Największy plus kapsuły? Jeszcze nie nadszedł. Liczę, że największą nagrodą będzie zaskoczenie Di, kiedy zobaczy kapsułę w osiemnaste urodziny.

Życzę dużo frajdy przy przygotowywaniu kapsuły i wesołej urodzinowej zabawy!






poniedziałek, 5 stycznia 2015

RECENZJA: Hity grudnia 2014



Ten post powstał absolutnie spontanicznie i bez współpracy z żadnymi firmami! Myślę, że sponsorem tego "odcinka" jest echo Świątecznej atmosfery i wesołe łaskotanie podniebienia przez bąbelki wina musującego.


Otóż stało się tak, że w minionym miesiącu trafiłam na kilka produktów wybitnie zasługujących na pochwałę, co też niniejszym czynię:

  1. Zacznę od kawy Hazelnut Dessert z serii Variations od Nespresso.

    źródło:prwebme.com

    Wyznaję zasadę, że kawa ma być mocna! Gęsta i czarna jak smoła! Trzeźwić ma mnie już sam jej zapach! Nie uznaję kawy z mlekiem, czy z cukrem - chyba, że chcę zjeść deser, ale na deser to już wolę jakieś porządne ciacho, a nie latte, frappe, czy inną zbrodnię na biednych, bogu ducha winnych, ziarnkach kawy.
    Moja słabość do próbowania nowości sprawiła, że kupiłam rzeczoną kawę w kapsułkach i... padłam niczym rażona ciosem Pudziana!
    Wierzcie lub nie, ale ta kawa ma aromat nutelli! Jak napisałam jest to sam czekoladowo-orzechowy aromat, bez cienia słodyczy (skład to kawa i aromat). Kawa jest tak pyszna, że szybko zebrałam się z podłogi, by wychłeptać zawartość filiżanki do końca.
    Producent pisze na swojej stronie, że aromat orzechów laskowych połączony ze słodkimi nutami karmelowymi kawy livanto przypominają smak maślanych herbatników domowej roboty. Nie jadłam nigdy maślanych herbatników domowej roboty i moje prostackie podniebienie czuje tylko nutellę, ale kawa jest pyszna, więc polecam.
    Jeśli jesteście fanami takich eksperymentów to czym prędzej lećcie złożyć zamówienie, ponieważ ta kolekcja jest limitowana.

  2. Na Świątecznym Jarmarku pod Stadionem Narodowym eM kupił punkt drugi na mojej liście hitów grudnia: Czekoladę mleczną o smaku grzańca od Wedla.

    źródło:bdsklep.pl
    Nie przepadam za słodyczami (wolę słone przekąski), ale ta czekolada jest wyjątkowa.
    Nadzienie jest dwupiętrowe. Dolna warstwa to typowe nadzienie o smaku praliny, czyli delikatne mleczno-kakaowe. Cała magia dzieje się na drugim pięterku, gdzie znajduje się nadzienie o smaku grzańca. Nie ma ono konsystencji gęstego syropu (co sugeruje rysunek na opakowaniu), raczej gęstego kremu. W smaku da się wyczuć wyraźnie smak wiśni i przypraw korzennych oraz nutkę alkoholu (w składzie faktycznie jest spirytus). Mój grudniowy duet to filiżanka kawy (w tym połączeniu klasycznej, nie smakowej) i kosteczka czekolady o smaku grzańca!
  3. Grudzień był dla nas bardzo intensywny (Mikołajki, urodziny Di, Święta i Sylwester). Wymagało to więcej nakładu czasu, więc Kojący krem-żel pod oczy firmy Bandi, okazał się naprawdę przydatny.

    źródło:bandi.pl

    Nie będę się na jego temat rozpisywać, ponieważ jego recenzję znajdziesz TUTAJ.
    Najważniejsza informacja jest taka, że skutecznie niweluje on sińce i opuchliznę pod oczami.
  4. Pamiętacie bajki odtwarzane na winylach? "Ośla Skórka", "Wyprawa na Szklaną Górę", czy "Wielka Niedźwiedzica"? My z siostrą uwielbiałyśmy ich słuchać. Teraz za sprawą Wydawnictwa "Bajki-Grajki" także Wasze dzieci mogą posłuchać Waszych ulubionych bajek z dzieciństwa.

    źródło:bajki-grajki.pl

    Na stronie bajki-grajki.pl znajduje się szeroki wybór bajek wydanych w latach 70-tych, 80-tych i 90-tych na winylach lub kasetach. Tym razem bajki wydane są jednak na CD. Wybór jest naprawdę ogromny, ponieważ aktualnie dostępnych jest ponad 100 tytułów.
    Di dostała na razie 3 płyty, ale kolekcja z pewnością się powiększy(^_^)
  5. Na liście grudniowych hitów postanowiłam również umieścić ręcznie robione dekoracje.



    Może nie do końca pasuje do tej listy, ale właśnie w tym miesiącu po raz pierwszy porwałam się na samodzielne przygotowywanie dekoracji (było o tym TUTAJ) i uważam, że to świetny sposób na tanie i efektowne przystrojenie domu na przyjęcie urodzinowe. Jest to może nie tyle hit grudnia, co moje odkrycie grudnia!
  6. Na koniec dorzucam jeszcze coś od Di, czyli Szczeniaczkowy chodzik-jeździk od FisherPrice. 

    źródło:sklep.megadyskont.pl

    Di nie śpieszy się jakoś z nauką chodzenia i na razie poza tym, że potrafi samodzielnie stanąć, to chodzenie uprawia tylko przy meblach. Szczeniaczkowy chodzik otrzymała w prezencie urodzinowym, chociaż wypatrzyłam go już w czerwcu. Nie lubię mnożyć bytów dlatego zależało mi na zabawce, która połączy kilka funkcji, dzięki czemu będzie służyć latami. Na aktualnym etapie rozwoju służy Di za chodzik, ale w bardzo prosty sposób przekształca się go w jeździk (to dla nieco starszych dzieci). Dodatkowo Szczeniaczek ma sorter. Załączonymi klockami możemy go też "nakarmić" (pyszczek się otwiera i wrzucone do niego klocki wpadają do "brzuszka"). Kiedy piesek jest w ruchu kręci głową i (przy odpowiednich ustawieniach) mówi lub śpiewa. Di uwielbia go pchać, a kiedy już się zmęczy lub znudzi to siada przed nim i wciska guziczki i nosek pieska, uruchamiając piosenki lub teksty. Di do tej pory nie miała, żadnej zabawki z przyciskami, dlatego uważam to za doskonały wybór. Tych, którzy mają dosyć wciąż grających zabawek ucieszy fakt, że w zabawce nie tylko można wybrać tryb zabawy, piosenek lub nauki, ale można też wybrać dwa tryby głośności lub w ogóle wyłączyć dźwięk.
    Zabawka nie należy do tanich (my znaleźliśmy za 230zł), ale biorąc pod uwagę ogrom funkcji i jakość zabawek FisherPrice, uważam, że Szczeniaczek jest wart tych pieniędzy.



czwartek, 1 stycznia 2015

RECENZJA: mój typ na noworoczne sińce pod oczami




Po szalonej Sylwestrowej zabawie w Nowy Rok na ogół towarzyszy nam niewyspanie (lub co gorsza inna bardziej złożona dolegliwość), objawiające się sińcami i opuchlizną pod oczami. Niestety należę do osób, które niezależnie od ilości przespanych godzin wyglądają jak panda. I w zasadzie nic do pand nie mam, a nawet bardzo lubię te wielkie puchate misie, ale cieniom pod oczami zdecydowanie mówię NIE! Zresztą sińce i opuchlizna towarzyszą chyba wszystkim rodzicom przez pierwsze miesiące życia ich pociech.


Wiadomo, jak się śpi po 4 godziny to żadne cudowne smarowidło sobie nie poradzi, ale znalazłam krem, który przynosi efekty nawet przy 6 godzinach snu, czy wrodzonej skłonności do sińców. Mowa tu o kojącym kremie-żelu pod oczy firmy BANDI.O kosmetykach Bandi usłyszałam po raz pierwszy jakieś 3-4 lata temu. Powiedziała mi o nich koleżanka z pracy, która tak jak ja sceptycznie podchodzi do kosmetyków bez przerwy reklamowanych w telewizji i czasopismach. Mimo, że firma Bandi istnieje od 1986r., to wówczas jej produkty dostępne były tylko w wybranych salonach kosmetycznych oraz w sprzedaży wysyłkowej. Marketing koleżanki był na tyle skuteczny, że wraz z trzecią współpracownicą zrobiłyśmy pierwsze (i nie ostatnie) zamówienie w internetowym sklepie marki Bandi. W tej paczce znalazł się wspomniany krem-żel pod oczy i na stałe zagościł na mojej kosmetycznej półce.

OPAKOWANIE:

Krem znajduje się w tubce z pompką. Bardzo lubię taką formę opakowania, ponieważ ułatwia to dozowanie i zapobiega wprowadzaniu brudu i bakterii do słoiczka.
Opakowanie jest plastikowe, a co za tym idzie, lekkie dlatego w sam raz nadaje się do zabrania na wyjazd.
Całość zapakowana jest w zafoliowane pudełeczko.

KOLOR:
Kolor jest lekko żółtawy. Nie jest to jednak nic rażącego. Piszę o kolorze, ponieważ wiem, że są ludzie, dla których jest to istotne.

ZAPACH:
Jest ledwo wyczuwalny, co zapisuję na plus, bo to zawsze mniej syfu w składzie. Delikatnie wyczuwalny zapach to chyba d-panthenol.
Pisząc "ledwo wyczuwalny" mam na myśli, że poczułam go dopiero po bezpośrednim podetknięciu sobie kremu pod nos. Podczas zwykłego użytkowania, w ogóle nic nie wyczułam.

KONSYSTENCJA:
Byłam trochę sceptycznie nastawiona, ponieważ nie lubię używać żelów, gdyż według mnie wysuszają delikatną skórę pod oczami. Jednak tutaj mamy raczej do czynienia z kremem o bardzo lekkiej konsystencji. Krem ten w ogóle nie jest tłusty, a raczej wodny (nie mylić z wodnisty(^_-)).

DZIAŁANIE:
Jak się można domyślić z opisu konsystencji, krem się bardzo dobrze wchłania i nie zostawia żadnego filmu. Producent nazwał krem "kojącym". Po jego użyciu nie odczuwam żadnego ukojenia. Zamiast słowa "ukojenie" użyłabym "nawilżenie". Po prostu po wklepaniu preparatu mam wrażenie dobrze nawilżonej skóry.
Producent twierdzi, że krem ten rozjaśnia cienie i niweluje opuchliznę i obrzęki pod oczami. I dokładnie taki efekt zaobserwowałam u siebie. Dodatkowo produkt ma nawilżać - i nawilża, uelastyczniać i wygładzać. No z tymi ostatnimi dwoma mam problem. Nie widzę, żebym odmłodniała, ale też nie to żebym zbrzydła. W zasadzie nie dla wygładzania kupowałam ten krem, więc nie zwróciłam na to uwagi.

SKŁAD:
Na stronie producenta znalazłam informację, że krem ten zawiera takie "magiczne" składniki (czyli składniki aktywne) jak hesperydyna, peptydy, wyciąg z kasztanowca i arniki, kompleks liposomowy z mikrokolagenem, rutynę (z tego co pamiętam stosowanie preparatów z rutyną kobiety ciężarne powinny skonsultować z lekarzem) oraz stabilną witaminę C i d-panthenol.

Szczegółowa lista składników dostępna jest na stronie produktu.

CENA:
Kupując ten krem na stronie producenta zapłacisz 48zł za 30ml. Według mnie krem ma dobry stosunek jakości do ceny, tym bardziej, że jest super wydajny (to chyba głównie zasługa konsystencji).

DOSTĘPNOŚĆ:
Obecnie produkty Bandi można kupić już nie tylko w wybranych gabinetach kosmetycznych i na stronie producenta, ale również w drogeriach Hebe. Jednak pełna oferta jest tylko w sklepie internetowym.

OGÓLNA OCENA:
Jak dla mnie solidna piątka. Krem po prostu robi to co miał robić, czyli nawilża, niweluje opuchliznę i cienie, więc nie ma się do czego przyczepić.
Producent zaleca, by krem stosować rano i wieczorem. Jednak mi zdarza się stosować go tylko na dzień, by na noc użyć czegoś bardziej odżywczego, a efekt i tak jest.



Źródło:
Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony bandi.pl