środa, 11 lutego 2015

Kenkoku Kinenbi, czyli Rocznica Założenia Cesarstwa Japońskiego

źródło:tr.wikipedia.org
Drzeworyt przedstawiający Jimmu podczas wyprawy wojennej - Jimmu stoi wsparty na łuku.

Dzisiaj w Japonii obchodzona jest Rocznica Założenia Cesarstwa Japońskiego, czyli Kenkoku-kinenbi. Jest to święto narodowe obchodzone 11 lutego. Ta data, zgodnie z tradycją jest datą założenia Japonii przez cesarza Jimmu w 660 p.n.e.
Początkowo Święto to przypadało na Nowy Rok (według kalendarza lunarnego). Jednak w 1873r. (w epoce Meiji), rząd japoński przechodząc na kalendarz gregoriański wyznaczył 11 lutego na stałą datę Kenkoku-kinenbi
Jest to jedno z czterech najważniejszych świąt japońskich. Tego dnia ludzie wywieszają na swoich domach flagi narodowe i śpiewają pieśni patriotyczne, a w całej Japonii odbywają się parady.
źródło:thirdstringgoalie.blogspot.com


Dla ciekawych historii Japonii przedstawiam poniżej skróconą wersję legendy o Jimmu.

Zgodnie z legendą państwo japońskie stworzyła para Demiurgów – Izanagi i Izanami. Stojąc na niebiańskim moście popatrzyli na ziemię, po czym zanurzyli w wodach oceanu włócznię. Z włóczni skapnęły krople wody i zamieniły się w wyspy – nazwane Yamato. Następnie boska para zstąpiła na Ziemię, gdzie bogini urodziła boginię słońca Amaterasu mającą władać Krainą Wysp – Japonią.
Bogini Amaterasu postanowiła zaprowadzić porządek i ogłosiła, że jej wnuk - Ninigi  -zostanie władcą "Kraju Leżącego Pośród Rozległych Uprawnych Pól".
Jak przystało na boskiego wnuka wyprawa na ziemię była bardzo uroczysta. Bogini Słońca wyposażyła przyszłego, ziemskiego władcę w insygnia władzy, czyli krzywe klejnoty (krzywulce), zwierciadło ze spiżu, oraz Miecz-Trawosiecz. 
Ninigi porzucił niebo i ruszył na poszukiwanie przylądka Kasasa. Tam Ninigi zbudował swój dwór, w którym zamieszkał i dochował się potomstwa.
Jednak najważniejszą rolę w historii Japonii odegrał dopiero jego prawnuk - Kamuyamatoiwarehiko.Według mitycznej historii opisanej w kronikach Nihonshoki [czyt. nihonsioki] Kamuyamatoiwarehiko postanowił podporządkować sobie krainy leżące na wschód od Kyushu [czyt. Kjusiu], które jest kolebką cywilizacji japońskiej. W tym celu zorganizował wyprawę wojskową.Kamuyamatoiwarehiko osiedlił się w miejscowości Kashihara [czyt.Kasihara](w obecnej prefekturze Nara). Według Nihonshoki wybudował tam pałac i w 660 roku p.n.e. przyjął godność pierwszego cesarza Japonii, który bardziej znany jest pod swoim pośmiertnym imieniem Jimmu. 
Nihonshoki skompilowane zostały w VIII wieku. Japończycy zapoznali się z pismem w V wieku, a z rachubą czasu w VII wieku. Jest więc mało prawdopodobne, aby mogli poprawnie określać daty sięgające kilku wieków wstecz. Historycy zgadzają się, że migracja z Kyushu na wschód rzeczywiście miała miejsce. Było to przemieszczanie się grup plemiennych lub klanowych. Jednak za możliwą datę migracji ludności przyjmowany jest rok około 350 n. e., a nie jak podaje Nihonshoki 667 p.n.e. Intronizacja pierwszego cesarza nastąpiła więc kilka lat później.
Cesarz Jimmu jest postacią legendarną i nie ma dowodów na jego istnienie, ani na istnienie 16 pierwszych cesarzy. Mimo to cesarz Jimmu posiada swój grobowiec w Nara, a dzień 11 lutego, w którym jakoby został pierwszym cesarzem Japonii jest świętem narodowym. 


poniedziałek, 9 lutego 2015

Walentynki na talerzu

źródło: pinterest.com, healthykids.com, alaantkoweblw.blogspot.com

Walentynki to święto pozytywnych uczuć - miłości, przyjaźni. Niezależnie od tego czy się je obchodzi czy nie, dodanie małych walentynkowych akcentów stworzy z pewnością miłą atmosferę.


Prostym sposobem na nadanie potrawie walentynkowego charakteru jest dodanie składnika, który zabarwi danie na różowo lub czerwono (można rzecz jasna użyć barwnika spożywczego, ale po co skoro można zdrowo i smacznie). Najbardziej oczywiste jest użycie buraka lub malin. Poniżej zamieszczam linki do kilku wybranych przeze mnie zdrowych propozycji.

NA SŁODKO/OWOCOWO:
- omlet buraczano-gruszkowy

źródło:alaantkoweblw.blogspot.com
Buraczane naleśniki.


NA SŁONO:
- wegetariańskie buraczane burgery

- pesto buraczane
- kalafior w różowym sosie

źródło: alaantkoweblw.blogspot.com i superhealthykids.com
Buraczane pesto, warzywny bukiet, calzone i kalafior w różowym sosie.

Innym pomysłem na nadanie daniom walentynkowego charakteru jest wycięcie ich w kształt serca. Warzywa, czy placki, prawie każdy produkt można wyciąć foremką do ciasteczek. Najprostsze wydaje się wycięcie z kanapki serca, lub wycięcie w chlebku "serduszkowego okienka".

źródło:pinterest.com
Podsmaż chlebek z wyciętym sercem na patelni i wbij w środek jajeczko.

źródło:superhealthykids.com
Kanapeczki, marchewka i papryka wycięte w kształt serca i rzodkiewkowe różyczki.

- szpinakowe calzone w kształcie serca (nadzienie dowolne, w końcu to o kształt chodzi)
- mini pizzowe serduszka

- walentynkowy bukiet warzywny

Jeśli masz gofrownicę to kwestia dania z sercem wydaje się oczywista(^_^)

źródło:pinterest.com

Danie można też ozdobić serduszkami z pomidorków koktajlowych:

źródło:lifehacklist.com i eyecandy.nanakaze.net




Smacznych Walentynek!

niedziela, 8 lutego 2015

MamySurvival

źródło:lisahenderling.com

Hu hu ha! Hu hu ha! Nasza zima w tym roku wcale nie jest taka zła! No bo mrozu nie ma. A śniegu tyle co kot napłakał. Dzieciom trochę smutno, że na sanki wyjść się nie da i bałwana nie ma z czego ulepić, ale dorośli się cieszą. Cieszą się też wirusy i bakterie, ponieważ dla wielu z nich mróz jest zabójczy. A więc piękną wiosnę mamy tej zimy i wspaniałą epidemię zapalenia płuc i oskrzeli.

Kto czyta fanpage na Facebooku ten wie, że Di też zachorowała i spędziła w szpitalu tydzień. Pobyt w szpitalu jest jednak nie tylko ciężkim przeżyciem dla malucha, ale również dla rodzica, który stara się poprawić samopoczucie dziecka i jednocześnie walczy o swój własny dobrostan. Co możesz więc zrobić aby jakoś przeżyć ten czas?

  1. Po pierwsze i najważniejsze. Zabarykaduj się w pokoju i jak najmniej wychodź na szpitalny korytarz.
    Nie da się zaprzeczyć, że szpital to siedlisko bakterii. Mimo izolowania różnych przypadków na różnych piętrach/oddziałach (na jednym nieżyty, na innym zapalenia płuc itp), pamiętaj, że personel porusza się po wszystkich piętrach/oddziałach (np. osoba wydająca posiłki, albo sprzątająca) i może przenosić zarazki. Ilekroć wycierano podłogę u nas w pokoju zastanawiałam się, czy tym samym mopem nie wycierano przed chwilą wymiotów dziecka z rotawirusem piętro niżej?
    Jeśli więc zachowacie ostrożność zminimalizujecie liczbę dni spędzoną w szpitalu.
     
  2. Zgromadź zapasy. Jeśli nie wiesz czy ktoś Was szybko odwiedzi, to zastanów się czy czegoś Ci nie brakuje (jedzenia dla siebie, dla dziecka, wody, zabawek, pieluch,  czystej bielizny i odzieży, itp.).
    Jeśli karmisz dziecko w duchu BLW, tym bardziej przyda się jedzenie, ponieważ na Kopernika podawano większość potraw w formie papki, więc jeśli dziecko nie radzi sobie jeszcze z łyżką i widelcem to tego nie ogarnie. Do tego spory zapas śliniaków, no bo w szpitalu możesz nie mieć możliwości prania na bieżąco.
  3. Niezbędne są również akcesoria służące do podnoszenia morale zarówno szeregowego jak i generalicji. Entertain'er powinien jednak cechować się łatwością w czyszczeniu, ponieważ mój wewnętrzny "detektyw Monk" każe mi po powrocie ze szpitala wyprać wszystko co z niego przyniosłam, a zabawki zdezynfekować. Ogranicz więc pluszaki i wybierz raczej klocki, czy książeczki ze sztywnymi stronami. Nazwij mnie wariatką, ale wszystko przetarłam w domu octaniseptem.
    Nie zabierajcie też zabawek dźwiękowych. Chodzi po prostu o szacunek dla współlokatorów. Jakby każdy tak uruchomił pozytywkę, albo śpiewającą zabawkę, to oszalelibyście od kakofonii dźwięków.
    Generalicji też należy się jakaś rozrywka. W moim przypadku wystarczyła komórka, słuchawki i książka. Czasu wolnego miałam naprawdę niewiele. Nie było czasu wejść do sieci przez tablet (stąd brak postów), więc zaglądałam tylko na FB za pośrednictwem komórki.
  4. Dbaj o siebie, a przede wszystkim o to co jesz. Poproś męża lub kogoś z rodziny o dowożenie obiadów ze sprawdzonego źródła (bo o domowych możesz raczej pomarzyć).
    Dlaczego to takie ważne? Wyobraź sobie, że dziecko złapało jakąś "jelitówkę" i nie możesz odejść od łóżeczka, bo jak zwymiotuje to kładzie się w tym, a ty strułaś się nieświeżą kanapką, boli Cię żołądek i też wymiotujesz. Ja na ten przykład nie muszę sobie nic wyobrażać, ponieważ to przeżyłam i nikomu nie polecam.
  5. Kiedy tylko będziesz mogła wyjdź na spacer. W szpitalach na ogół jest gorąco i duszno. Zostaw dziecko z mężem i wyjdź zaczerpnąć świeżego powietrza i jednocześnie oczyść umysł. Odstresuj się i zbierz siły na kolejny dzień.
  6. Przyjmuj pomoc. To nie dyshonor ani ujma, jeśli poprosisz mamę o ugotowanie czegoś dla dziecka, albo przepranie ubranek. eM ujął się honorem i postanowił, że sam będzie wszystko robił. Faktycznie trochę ugotował, trochę uprał, ale i tak kiedy wróciłam do domu znalazłam stertę brudnych ubranek na środku przedpokoju. Myślę, że każdy zrozumie, że jesteście w ciężkiej sytuacji i będzie się starał pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Nawet moja babcia Lu była gotowa lepić kopytka i jechać z nimi przez pół miasta byle dogodzić swojej prawnuczce, a nas odciążyć.
  7. Może zabrzmi to banalnie, ale zapoznaj się z prawami pacjenta. Jednym z podstawowych praw jest prawo do informacji. Pytaj się jakie badania zostały wykonane i w jakim celu. kiedy przychodzi pielęgniarka dowiedz się też jaki podaje lek, albo na jaki zabieg chce zabrać dziecko. Personel szpitali często zapomina o tym prawie. Jeśli masz wątpliwości co do decyzji lekarza, to poproś o wyjaśnienie i negocjuj (niestety lekarz ma decydujące zdanie, Ty możesz co najwyżej poprosić o zwołanie konsylium).
    Lekarz chciał przenieść Di do dzieci z rotawirusem mimo, że nie wykonano żadnego badania, które mogłoby potwierdzić, że faktycznie Di ma "rota" (tłumaczył, że skoro wymiotuje to pewnie ma wirusa). Po naszej interwencji lekarz zmienił zdanie i zlecił badanie kału, które wyszło ujemnie, a co za tym idzie nie przeniesiono jej na inny oddział.
    Nawet nie chcę myśleć co by się stało jakby jeszcze "rota" złapała po przeniesieniu.
  8. Kolejną kwestią związaną z prawami pacjenta jest prawo do odmówienia wykonania zabiegu. Szpital nie ma prawa podtykać podczas przyjęcia dokumentu in-blanco, że zgadzasz się na wszelkie zabiegi. W każdej chwili możesz odmówić. Jest to szczególnie ważne w przypadku dzieci. Osobiście nie zgadzam się na zmuszanie dziecka do zabiegów. Ja jestem po to, by je bronić i budować w nim poczucie bezpieczeństwa. Jeśli dziecko przestanie ufać rodzicowi, to w kim znajdzie oparcie? Oczywiście wiadomo, że jeśli trzeba pobrać krew, to niestety trzeba zrobić wkłucie, ale nie zgadzam się, by pielęgniarka na siłę szarpała rękę mojego dziecka. Może warto poczekać chwilę i spróbować znowu, albo poszukać innej żyły.
    Kiedy Di zwymiotowała w nocy podłączono jej kroplówkę. Po godzinie przyszła pielęgniarka i powiedziała, by na siłę trzymać rękę dziecka w innej pozycji, ponieważ za wolno ścieka. Odmówiłam, ponieważ dziecko było zbyt wykończone wymiotami i nie chciałam jej ruszać skoro wreszcie udało się jej zasnąć. Poprosiłam o odpięcie kroplówki (stan dziecka nie był poważny ponieważ były to pierwsze wymioty od 24 godzin) i podanie, kiedy dziecko odpocznie.
    Myślcie o dziecku jak o dorosłym, jak o sobie samym. Wyobrażasz sobie, by ktoś Ci robił zabieg na siłę? Krzyczysz "NIEEEEEE!!!" "BOOOLIIII!!!", a pielęgniarka/pielęgniarz szarpie Cię za rękę?
    No właśnie. Tak jak Ty masz prawo odmówić z powodu bólu, czy dyskomfortu, tak samo Twoje dziecko. Zrób drugie, trzecie podejście. Na pewno w końcu się uda.

    Życzę Wszystkim zdrowia i mam nadzieję, że nigdy z tych raz nie będziecie musieli korzystać.



    Publikowane informacje mają jedynie charakter informacyjny i nie mogą zastępować konsultacji z lekarzem lub z farmaceutą. 

piątek, 6 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia 2015




Emocje po Świętach już opadły i nadszedł czas powrotu do pracy i codziennych obowiązków. Ten miesiąc dał nam się we znaki również z powodu chorób. Cała rodzina jak jeden mąż była na antybiotyku (w tym Di w szpitalu)(-_-).
W styczniu najbardziej brakowało mi radosnej atmosfery, która towarzyszyła Świętom. Ze sklepowych półek poznikały też sezonowe nowinki, które tak uwielbiam. Jedyna nadzieja w Walentynkach. Mam więc nadzieję, że w lutym pojawi się coś godnego uwagi. Mimo niesprzyjających warunków wybrałam jednak kilku ulubieńców stycznia. Oto oni.

  1. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu firmy NIVEA
    źródło:vitaminka.net
    Zgodnie z azjatycką zasadą przywiązuję dużą wagę do demakijażu i oczyszczania twarzy. Jednocześnie staram się na toniki, czy płyny do demakijażu nie wydawać zbyt dużo pieniędzy. Do tej pory używałam dwufazowego płynu Bielendy (awokado lub bawełna ok 6,40zł/100ml) lub Ziaji (ok. 5zł/100ml). Płyny te niby działały, ale nie do końca - nie były w stanie zmyć eyelinera spomiędzy rzęs. Podczas kolejnych zakupów na półce sklepowej nie znalazłam żadnego z używanych przeze mnie płynów, dlatego wściekła na większy wydatek (ok.9,60zł/100ml) kupiłam płyn NIVEA. Na szczęście w tym przypadku wyższa cena idzie w parze z lepszą jakością. Dwufazowy płyn NIVEA zmywa eyeliner nawet spomiędzy rzęs. W dodatku dzięki swojej efektywności jest bardziej wydajny.
    Producent twierdzi, że płyn ten jest w stanie usunąć również makijaż wodoodporny (bez pocierania). Przyznaję, jednak, że jeszcze tego nie sprawdziłam.
    Ponadto płyn zawiera wyciąg z kwiatów bławatka, w skład którego wchodzą flawonoidy i sole mineralne. Ogólnie wyciąg ten ma działanie rozjaśniające cienie pod oczami, odżywia i nawilża skórę, wygładza drobne zmarszczki oraz lekko napina naskórek, łagodzi podrażnienia, działa przeciwalergicznie i przeciwzapalnie. Jednak takiego działania oczekuję co najwyżej od kremu, a nie płynu do demakijażu, więc oczywiście nie testowałam go pod tym kątem.Dla zainteresowanych podaję listę składników:

    • Aqua, Isododecane, Cyclomethicone, Isopropyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil, Centaurea Cyanus Flower Extract, Sodium Chloride, Trisodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylisothiazolinone, CI 60725, CI 61565
    Ogólnie tym, którzy używają eyelinera polecam dwufazowy płyn NIVEA, ponieważ jest efektywny i ma dobry stosunek jakości do ceny. 

  2. Drugą rzeczą, którą chcę polecić jest coś co możesz mieć absolutnie za darmo: aplikacja Look Birdy!

    źródło:lookbirdy.com

    Look Birdy odkryłam wprawdzie już jakiś czas temu, ale jakoś mi umknęła w ulubieńcach grudnia.
    Aplikacja służy do robienia zdjęć dzieciom (niektórzy wykorzystują ją  też podobno do fotografowania zwierząt). Nie chodzi tu o jakieś zabawne filtry. Ta aplikacja nie posiada żadnych bajerów związanych z edycją, czy ozdabianiem zdjęć. Jej jedyną, ale bardzo skuteczną funkcją jest przykucie uwagi małego modela. Do wyboru jest 7 rodzajów "ćwierków". Po wybraniu dźwięku możemy przystąpić do robienia zdjęć. Aplikacja jednocześnie miga lampą błyskową i ćwierka. Na taki sensoryczny atak żadne dziecko nie pozostanie obojętne. Przyznaję, że już po chwili staje się to irytujące, ale jest niezastąpione przy robieniu zdjęć Di. Bardzo często wykorzystuję Look Birdy do robienia zdjęć aparatem. Świetnie sprawdziło się kiedy robiliśmy rodzinne zdjęcie na Święta. Wystarczyło ustawić telefon obok aparatu, na którym była ustawiona funkcja samowyzwalacza.
  3. Trzecia polecana w tym miesiącu rzecz to etykietki z podpisane.pl.
    źródło:podpisane.pl

    Di wreszcie poszła do żłobka. Trzeba więc było skompletować wyprawkę i rzecz jasna ją podpisać. Na podpisane.pl kupiłam zestaw:starter. W jego skład wchodzą duże i małe nalepki (wodoodporne, niezmywalne) oraz wprasowanki (niespieralne). Etykietki są personalizowane. Większą możliwość personalizacji masz kiedy wybierasz produkt pojedynczo (nie w zestawie), ponieważ wtedy poza napisem wybierasz też kolor oraz możesz dodać obrazek (z listy).
    Po pierwszym miesiącu potwierdzam, że zarówno wprasowanki jak i nalepki są trwałe (w ogóle się nie zniszczyły) i bardzo ładnie wyglądają. Jedyne zastrzeżenie mam do sposobu utrwalania wprasowanek. Najlepiej pierwszą sztukę wprasować na jakąś szmatkę na próbę, ponieważ mimo postępowania zgodnie z instrukcją okazało się, że czas dociskania żelazka muszę nieco skrócić (wprasowanka zaczęła się delikatnie rozpływać) istotne też okazało się, by do wprasowanki przykładać gładki fragment żelazka (tam gdzie nie ma otworów, z których wydobywa się para), czego w instrukcji nie było.
    Wszystkie rzeczy Di są pięknie oznaczone, a nawet zostało jeszcze sporo naklejek i wprasowanek do wykorzystania później.
  4. Ostatni wybór miesiąca to "stary indiański sposób" na nieżyty żołądkowe, który stosuję z powodzeniem od ponad 20 lat, a polecił go szwajcarski pediatra. Zalecona przez niego dieta to banany i cola. Banany zalecił, ponieważ podobno pobudzają one rozrost komórek śluzówki żołądka, co wytwarza lepszą osłonę przed sokami trawiennymi (więcej na ten temat TUTAJ). Cola jak wiadomo jest żrąca, a więc wyżre też przykładowo przylepioną do ściany żołądka skórkę od pomidora. Kiedy będąc z Di w szpitalu zatrułam się, uratowały mnie właśnie banany, cola i krople żołądkowe.

    Oczywiście ten blog nie ma charakteru konsultacyjnego, nie zastępuje porady lekarskiej. Użytkownicy korzystający z tych porad robią to na własne ryzyko.




poniedziałek, 2 lutego 2015

Setsubun, czyli święto rzucania fasolek

żródło:eho-maki-2015.blog.so-net.ne.jp


Już jutro Setsubun, czyli według kalendarza lunarnego pierwszy dzień wiosny! Czemu znowu piszę o japońskim święcie? Ponieważ Japończycy są mistrzami celebracji. Panuje stereotyp pokornego, szarego Japończyka, ale to właśnie japońskie festiwale nie mają sobie równych. Wszystkim widzianym przeze mnie w Kraju Gejsz i Samurajów świętom towarzyszyła atmosfera rodzinnego pikniku, były występy związane z lokalnym folklorem, zaś uczestnicy wczuwali się w atmosferę do tego stopnia, że zakładali tradycyjne stroje. Podobnie sprawa ma się z Setsubun - jedną z najstarszych tradycji Japonii.


Setsubun obchodzone jest obecnie 3 lutego. Święto to narodziło się w XIIIw. i polegało na wypędzeniu demonów przez silny zapach palonych suszonych głów sardynek i drewna, oraz hałas bębnów. Jednak za pierwowzór Setsubun uważa się tsuina - festiwal, który dotarł do Japonii z Chin w VIIIw. Setsubun pierwotnie był rodzajem powitania nowego roku (kalendarz lunarny). 


Najpopularniejsze zwyczaje
Dzisiaj ze świętem Setsubun związanych jest kilka tradycji. Przede wszystkim Toshiotoko [czyt.: tosiotoko], czyli człowiek urodzony w roku, któremu patronuje ten sam chiński zodiak, co bieżącemu roku, lub ew. głowa rodziny, zakłada maskę demona. Następnie rzuca się za próg domu fuku-mame, czyli fasolki szczęścia (są to upieczone ziarna soi).
Rzucając fasolki należy krzyczeć: Demony na zewnątrz! Szczęście do środka! [jap.: Oni-wa soto! Fuku-wa uchi! czyt.:oni-ła soto! Fuku-ła uci!]. Rozrzucone fasolki trzeba pozbierać i 
zjeść ich tyle ile ma się lat, a nawet o jedną więcej, by zapewnić sobie zdrowie również w nadchodzącym roku. Zwyczaj ten nazywa się mame-maki. Od znajomej dowiedziałam się jednak, że tradycja tradycją, ale raczej tylko dzieci bawią się w zjadanie fuku-mame i nikt nie oczekuje od dorosłych by zjedli kilkadziesiąt fasolek.

źródło:japontotal.com
Zestaw fasolki + maska

Istnieje wiele teorii skąd wziął się ten rytuał. Jedna z najbardziej popularnych została zawarta w Kyougen [czyt.: kjoogen] (komediowej sztuce No) wystawianej w świątyni Mibu w Kioto. W dużym skrócie sztuka opowiada o ogrze, który się przebrał i wszedł do domu starej wdowy. Ogr ten posiadał magiczny tłuczek i z jego pomocą wyczarował piękne kimono. Wdowa uległa urodzie szaty i postanowiła upić ogra, by mu ją skraść. Chciwość kobiety była jednak tak wielka, że wdowa postanowiła ukraść również magiczny tłuczek. Zaskoczony ogromną pazernością wdowy ogr postanowił ukazać jej swe prawdziwe oblicze. Stara kobieta tak się wystraszyła, że w histerii zaczęła rzucać w ogra czym popadnie. Pod ręką miała ziarna soi, a cios nimi zadany musiał być naprawdę bolesny, ponieważ ogr uciekł pozostawiając wdowę mniej zachłanną lecz mądrzejszą i zdrowszą.
Mame-maki podobno wywodzi się z regionu Kansai lub Kinki, lecz dzięki odpowiedniemu marketingowi rozprzestrzenił się na cały kraj. Tak więc teraz niezbędne akcesoria bez problemu kupić można w każdym japońskim markecie w formie gotowego zestawu, czyli torebki fasolek wraz z maską. Wspomniałam o odstępstwach od tradycji. Również w kwestii samych fasolek pojawiła się pewna elastyczność, bowiem możliwe jest zakupienie zestawu z orzeszkami, lub fasolkami pokrytymi cukrem.
Dla dzieci frajdą jest nie tylko samo rzucanie i jedzenie fasolek, ale również samodzielne wykonanie maski demona (można ją kupić, ale dzieci na ogól preferują te własnoręcznie wykonane). Di jest jeszcze za mała na taką zabawę, ale w przyszłym roku z pewnością coś przygotujemy (dla tych, którzy chcieliby się zabawić w japoński pierwszy dzień wiosny zamieszczam na końcu tekstu propozycje wspólnych zabaw i prac plastycznych).

Drugą związaną z Setsubun tradycją jest nori-maki, czyli jedzenie niepokrojonego rulonu makizushi (tzw. eho-maki, czyli rolka szczęśliwego kierunku), będąc zwróconym w szczęśliwym dla danego roku kierunku świata i w absolutnej ciszy. Tym, który podołają temu zadaniu (a nie jest to łatwe, bo rolka ma ok 20cm długości) towarzyszyć będzie szczęście w interesach, długowieczność i zdrowie.
Rolka może mieć różne nadzienie. W niektórych regionach środek musi być siedmiobarwny, tak by każdy kolor symbolizował jednego z siedmiu bogów szczęścia (s
hichi fukujin - czyt.: sici fukudzin).

żródło:tashlouise.info
Szczęśliwy kierunek na rok 2015

źródło:newsjoy.com
Siedmioskładnikowe eho-maki.
Po lewej od góry: węgorz, tykwa marynowana, oboro (rodzaj różowej przyprawy z poszatkowanej krewetki), omlet
Po prawej: pasztecik z kraba, ogórek, krewetka

źródło:pronweb.tv i rl-waffle.co.jp
Siedmioskładnikowe eho-maki z przymrużeniem oka, czyli na słodko.
Składniki: bita śmietana, truskawka, kiwi, biała i żółta brzoskwinia oraz trzy rodzaje sosu angielskiego (custard): tradycyjny, karmelowy, czekoladowy

W Osace mówi się, że zwyczaj ten powstał kiedy młoda Geisza zjadła ten przysmak by zapewnić sobie stałość swego ulubionego klienta w nadchodzącym roku. Początkowo ta tradycja miała charakter lokalny (wywodzi się chyba z Kansai), ale obecnie, podobnie jak mame-maki, rozprzestrzeniła się już na całą Japonię.

Mniej znane tradycje
Lokalnie można spotkać domy udekorowane z zewnątrz gałązkami sakaki (cleyera japonica), które jest uznawane przez shinto za święte drzewo, oraz głowami sardynek, ząbkami czosnku, czy cebulą. Zgodnie z wierzeniami taki talizman ma trzymać demony z dala od domostwa (podobnie jak u nas czosnek odstrasza wampiry), chociaż na pewno nie utrzyma z daleka okolicznych kotów (^_-).

Inne mało popularne zwyczaje to: picie ciepłej imbirowej sake, co ma zapewnić zdrowie, czy wnoszenie do domu narzędzi (używanych na zewnątrz, czyli tradycyjnie w polu), aby złe duchy nie wywołały na nich rdzy.
Podobno gejsze też mają swoje tradycje związane z tym świętem. Należy do nich przebieranie się, często nawet za mężczyzn, podczas tych spotkań z klientami które odbywają się właśnie w dniu Setsubun.
Poza domem
We wstępie pisałam o festiwalach. Otóż z okazji pierwszego dnia wiosny tłumy gromadzą się na terenach świątyń, gdzie organizowane są obchody. Oczywiście w każdej świątyni wygląda to inaczej. Czasem jest wystawiana sztuka kyougen, czasem są tradycyjne tańce lub zapasy sumo. Jedyny wspólny mianownik to rzucanie fasolek. Do tego zdarza się, że ze świątyni przeganiany jest ogr, a nawet takiego ogra można spotkać na ulicy - wtedy koniecznie rzuć w niego garścią fasolek i krzyknij: Oni-wa soto! Fuku-wa uchi! 

Zachęcam do obejrzenia poniższego filmiku z obchodów Setsubun w Kanda Myojin w roku 2012. Autor filmiku dodał angielskie napisy pomagające zorientować się w sytuacji.




źródło:kikuko-nagoya.com
Obchody w świątyni: Ogr uciekający przed deszczem fasolek.
źródło:galleryhip.com
Obchody w świątyni Sensoji: dzieci już szykują fasolki by przegonić demona


W okresie poprzedzającym setsubun w sklepach pełno jest fuku-mame, masek demonów, rolek eho-maki, czy choćby zabawnych ciastek w związanych ze świętem formach.

źródło:bigyosun.com
Niekończące się sklepowe lady z eho-maki.
źródło:karasuma.keizai.biz
Ciastko w kształcie demona



Prace plastyczne
Na koniec obiecałam kilka pomysłów na zabawy i prace plastyczne do wykonania z dziećmi. 
Możecie wspólnie przygotować eho-maki w wersji słodkiej lub tradycyjnej. Słodkimi ehomaki mogą być naleśniki. Możecie też przygotować roladę na biszkopcie. Dzieci z pewnością będą miały frajdę wymyślając składniki, a następnie pałaszując swoje dzieła. Eho-maki na słono mogą być tradycyjnymi makizushi, ale mogą to też być naleśniki na słono, lub tortile. Oczywiście nadzienie takich zawijańców powinno być na tyle lepkie by nasze dzieło się nie rozleciało. Przykładowo tortilla posmarowana serkiem śmietankowym z łososiem wędzonym, cytrynką i koperkiem (nie przesadź z liczbą składników - zbyt duża ich ilość może utrudnić sklejenie całości).

Jeśli nie chcecie odgrywać wypędzania ogra możecie zagrać w grę wymagającą celnego oka. TUTAJ znajdziesz szablony i instrukcję wykonania zabawki. Gra jest banalnie prosta należy tak długo rzucać fasolkami/orzeszkami w wizerunek ogra, aż przekręci się wizerunek szczęścia.

źródło:cp.c-ij.com



Oczywiście najpopularniejszą pracą plastyczną są maski. W zależności od poziomu zaawansowania. Możecie wspólnie zrobić maskę z papierowego talerza (instrukcje i szablony TUTAJ i TUTAJ), lub bardzo pracochłonną lecz efektowną maskę 3D (instrukcje i szablony TUTAJ i TUTAJ).

źródło:cp.c-ij.com i dltk-kids.com


Innym jeszcze pomysłem jest zrobienie figurki trola z rolki po papierze toaletowym (TUTAJ).

źródło:dltk-kids.com

Osobiście jestem fanką origami, ponieważ uczy ono skupienia, precyzji oraz rozwija dziecko manualnie, dlatego wrzucam też filmiki z instrukcjami wykonania ogrów w tej technice.

Prosty ogr wersja 1:



Prosty ogr wersja 2:



Tułów do powyższych ogrów:



Ogr dla zaawansowanych:


A na koniec diagram dla osób bardzo zaawansowanych:

źródło:lallavedesakura.yoll.net



Udanego przeganiania demonów i samego zdrowia i szczęścia w nadchodzącym roku lunarnym (^_^)







sobota, 24 stycznia 2015

Pstryku Smyku, czyli jak zachować wspomnienia z dzieciństwa

źródło:harfay.com

Di jest naszym pierwszym dzieckiem. Ba! Jest jedynym brzdącem w rodzinie! A to zobowiązuje do tzw. syndromu pierwszego dziecka. Nie należę do osób, które wrzucają na Facebooka setki zdjęć swojej pociechy (policzyłam - przez 13 m-cy wrzuciłam ich dokładnie 6) i trzęsą się nad każdym upadkiem dziecka, albo nad tym że memłało w buzi liść. Przyznaję jednak, że mam fioła na punkcie zdjęć. Dzieci tak szybko się zmieniają, że po chwili zapominamy jakie były kiedy miały miesiąc, czy półroku. Dlatego niezależnie od tego czy masz pierwsze, drugie, czy trzecie dziecko warto uwieczniać je na fotografiach i filmach.

Chcąc sprawdzić do kogo jest podobna Di wyciągnęliśmy z eM nasze zdjęcia z dzieciństwa. Moich zdjęć z pierwszego roku życia było może ze 20. eM miał swoich zdjęć ze 100, jak nie więcej. Dlaczego tak się stało? Myślę, że są dwa główne powody. Przede wszystkim eM jest pierwszym dzieckiem. A więc wiadomo, że pierwszy ząbek, pierwszy stały pokarm, czy jego pierwszy kroczek były pierwsze nie tylko dla niego, ale dla całej rodziny. Po drugie tata eM jest pasjonatem fotografii i nawet toporne radzieckie lustrzanki nie stanowiły dla niego problemu. Ja dla odmiany jestem drugim dzieckiem, a więc każdy mój kamień milowy był już dla moich rodziców niczym zeszłoroczny śnieg. Moi rodzice nie są też fanami fotografii, a pamiętajmy, że trzeba mieć minimum wiedzy i umiejętności, żeby robić zdjęcia za pomocą reliktów tamtej epoki (pierwsza połowa lat 80-tych).

Dzisiaj jesteśmy w o niebo lepszej sytuacji. Nawet największy laik znajdzie na rynku taki aparat, który pozwoli mu uwieczniać postępy i rozwój dziecka i to nie tylko w formie fotografii, lecz również na filmach.
A komórki? Ostatni telefon komórkowy, który nie miał wbudowanego aparatu fotograficznego pożegnałam 10 lat temu. Większość znanych mi osób ma telefony z aparatami robiącymi zdjęcia na tyle dobrej jakości, że można spokojnie zrobić z nich odbitki. Współcześni rodzice nie mają więc chyba żadnej wymówki przed regularnym robieniem zdjęć swoim pociechom. I dobrze! Róbmy tych zdjęć (i filmów) jak najwięcej, bo "to se ne vrati, Pane Havranek. To se ne vrati...".


źródło:story of this life
Czy Twój album w komórce też tak wygląda?


Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach mamy inny problem: robimy setki, tysiące zdjęć, potem zgrywamy je na komputer i... robimy kolejny tysiąc zdjęć. Te zdjęcia urastają do terabajtów zajętej przestrzeni na dysku i często już nigdy nie są oglądane. To trochę jakbyśmy skłonność do zbieractwa przenieśli z naszych mieszkań wprost do komputerów. Tą kwestię moja babcia porusza przy każdej naszej wizycie. Przywozimy jej oczywiście kilka odbitek najnowszych zdjęć Di, a ona tradycyjnie z westchnieniem mówi: "to chyba jedyne drukowane zdjęci Di, jakie istnieją", a my potakujemy głową, ponieważ nie chcemy psuć niespodzianki.
Jakiś czas temu pisałam o laurkach na Dzień Babci/Dziadka i wspomniałam, że laurka od Di będzie w tym roku wyjątkowo pracochłonna. Dzisiaj zdradzę, że tą laurką jest fotoksiążka ze zdjęciami małej Di. Kto czytał wpis o porządkowaniu zdjęć cyfrowych, ten z pewnością pamięta punkt 7 czyli: raz do roku wydrukuj zdjęcia. Połączyliśmy więc przyjemne z pożytecznym i w tym roku wydrukowaliśmy album dedykowany Di.
Główne założenie było takie, że każda rozkładówka będzie przypadała na jeden miesiąc. Dodatkowo są oczywiście osobne strony ze zdjęciami z Chrzcin, urodzin, czy sesji.
Otóż jako dziecko nr2, całe życie towarzyszy mi taki mały żal do moich rodziców, że kiedy moja siostra skończyła rok to wzięli ją do fotografa na sesję, a mnie nie. W związku z tym już dawno powzięłam decyzję, że każde moje dziecko będzie miało swoją sesję z okazji pierwszych urodzin. Na razie jest tylko Di, ale rok skończyła? Skończyła! No to czas na sesję!

Dlaczego w ogóle warto zorganizować sesję?Dlatego, że nie jesteśmy profesjonalnymi fotografami i grafikami, oraz dlatego, że jak mówi eM: na planie najtrudniej pracuje się z dziećmi i zwierzętami. Korzystając z usług profesjonalisty, po zaledwie godzinnej sesji otrzymujemy pakiet pięknych, obrobionych zdjęć, które ucieszą nie tylko nas, ale będą pamiątką dla całej rodziny.
Jeśli mamy takie możliwości finansowe warto korzystać z usług profesjonalisty przy każdej ważnej okazji: Chrzcinach, urodzinach, czy Świętach.
Z uwagi na koszty zrezygnowaliśmy z fotografa na Chrzcinach. W kościele poprosiliśmy o zrobienie zdjęć tatę eM, zaś podczas obiadu, aparat wędrował z rąk do rąk. Całe szczęście w naszej rodzinie na fotografii zna się nie tylko mój teść i eM, ale również moja siostra i troszeczkę ja.
Sesję zorganizowaliśmy dopiero z okazji pierwszych urodzin Di. Wydaje mi się, że jest to dobry moment, ponieważ dziecko jest już wówczas żywiołowe, może siedzieć, stać lub się czymś bawić. Osobiście nie przepadam za zdjęciami śpiących noworodków, gdyż nie widać na nich osobowości dziecka.

Jak zrobić dobre zdjęcie w domowych warunkach?
Większość zdjęć maluszka powstaje jednak w domowych warunkach. Warto wówczas poświęcić moment na poprawienie kilku detali, a zobaczysz, że zdjęcia będą o niebo lepsze.

  1. Trzymaj w pogotowiu aparat!
    Nawet najlepsza komórka nie zrobi zdjęcia tak dobrego jak aparat, dlatego w centralnym punkcie mieszkania trzymam  aparat fotograficzny.
    Czasem kiedy bawiłam się z Di i zauważyłam jak ładne jest światło, to brałam szybko aparat i robiłam jej zdjęcia.
  2. Światło!
    Wspomniałam, że czasem robię Di zdjęcia, bo akurat jest ładne światło, ale czasem zdarza się na odwrót: jest chwila warta upamiętnienia, a światło bez rewelacji. Zanim zaczniesz robić zdjęcia, które i tak wyjdą zbyt ciemne, odsłoń firankę, lub zwróć twarz dziecka w stronę światła. Przykładowo fotelik Di stoi tyłem do okna, ale kiedy chciałam jej zrobić zdjęcia podczas jedzenia odwróciłam go tak by słońce oświetliło jej twarz.
    Może się dziwisz, że nie włączyłam po prostu lampy błyskowej. Otóż wydaje mi się, że zdjęcia z "flash'em" wychodzą sztucznie. Wolę naturalne oświetlenie.
  3. Uwaga bałagan!
    Niestety zdarzyło mi się, że kilka uroczych zdjęć Di psuje sterta poskładanych  ubrań w tle lub rozrzucone książki. Jeśli zdjęcie musisz zrobić naprawdę szybko zrzuć, kopnij, przesuń lub przykryj to co psuje Ci kadr.
    Aha. W kwestii filmów oprócz bałaganu zwróć uwagę na dźwięki - wyłącz radio lub telewizor.
  4. Zdjęcia seryjne!
    Di jak każde dziecko jest tak ruchliwa, że najczęściej korzystam z opcji zdjęć seryjnych. Wówczas zawsze znajdzie się choćby jedno ostre i z uśmiechem.
    Polecam też aplikację Look birdy, która ćwierka i świeci. Na ogół jednak nie robię przez nią zdjęć lecz wykorzystuję do zrobienia zdjęć z normalnego aparatu.
Reasumując, aby zachować jak najwięcej wspomnień z dzieciństwa naszych pociech:
  1. Fotografuj! Fotografuj! I jeszcze raz fotografuj! Nie ważne, że nie robisz zdjęć jak Anne Geddes. Ważne by uwiecznić TEN moment, bo już więcej może się nie powtórzyć (dzieci mają różne dziwne "fazy" które potrafią trwać zaledwie tydzień). Nasza pamięć jest niestety wybiórcza i po kilku miesiącach zapominamy o czymś co wówczas nas urzekło.
    To samo tyczy się filmów.
  2. Drukuj zdjęcia co najmniej raz w roku. Jaki sens jest trzymać zdjęcia na dysku? O wiele większe prawdopodobieństwo, że do nich zajrzymy jest wtedy gdy, będą w formie albumu lub fotoksiążki leżały na półce.
  3. Jeśli masz taką możliwość przy ważnych okazjach korzystaj z fotografa lub zamawiaj profesjonalne sesje. W czasie imprezy nie będziesz mieć głowy do robienia zdjęć. Poza tym jeśli nie masz doświadczenia i umiejętności, to zdjęcia mogą wyjść kiepskie, a drugi raz dziecka chrzcić nie będziesz(^_-)

A jakie Ty masz patenty na zrobienie dobrego zdjęcia dziecku?

środa, 21 stycznia 2015

Lakiery do paznokci: jak kupować i przechowywać

źródło:mohato.wordpress.com

Muszę się Wam przyznać do pewnej słabości: nałogowo kupuję lakiery do paznokci! A to wszystko przez to, że większość lakierów jest niedroga, przyciągają wzrok, bo wyglądają jak cukiereczki, no i można je kupować w nieskończoność: "bo tego odcienia jeszcze nie mam, a będzie idealnie pasował do tej nowej koszuli!" (^_^)

Gro posiadanych przeze mnie lakierów nie była droga. Z lakierem jest jak z torebką, czy butami - jest to dodatek, który można zmieniać codziennie. Stąd polecam kupowanie nietypowych kolorów w małych buteleczkach i trochę tańszych marek, ponieważ nie warto wyrzucać pieniędzy na kolor, którego użyjesz zaledwie parę razy. Nie ukrywam jednak, że jako pracująca mama, przywiązuję dużą wagę do czasu, a więc im szybciej mam pomalowane i wyschnięte paznokcie tym lepiej. Najważniejsze czynniki mające wpływ na czas malowania, to:
  • szerokość pędzelka (im szerszy tym mniejsze ryzyko smug, no i mniej pociągnięć),
  • konsystencja lakieru (zbyt rzadki będzie spływał, zbyt gęstym w ogóle nic nie pomalujemy),
  • krycie (im więcej pigmentu tym mniej warstw), no i rzecz jasna 
  • czas schnięcia. 
Oczywiście im lakier bardziej trwały tym rzadziej musimy paznokcie malować (kolejna oszczędność czasu).
Z tańszych opcji godna polecenia jest Vipera (ok.9zł). Mają bogatą ofertę kolorystyczną, a ich lakiery są naprawdę przyzwoitej jakości. To samo tyczy się lakierów Golden Rose. Tutaj mamy nawet szerszą paletę, ponieważ do wyboru są lakiery w macie, satynie, połysku, brokatowe, perłowe, teksturowe, czy magnetyczne (ok.6-12zł - najwięcej kosztują lakiery specjalne, czyli brokatowe czy teksturowe).

Na lakiery w kolorach klasycznych, uniwersalnych lub ulubionych warto wydać więcej, ponieważ używasz ich częściej i zależy Ci na długotrwałym efekcie. Osobiście do tej kategorii zaliczam kolor czerwony, który jest tak klasyczny, że pasuje do wszystkiego i przez cały rok, kolor beżowy, gdyż jest do bólu uniwersalny i kolor czarny, bo jest według mnie taką współczesną czerwienią (pasuje do wszystkiego, jest elegancki i wyrazisty).

Co to znaczy "wydać więcej"? Osobiście uważam, że najlepsze lakiery jakie miałam okazję używać to Essie. Szeroki pędzelek, dobra konsystencja, szybko schnie, wysoka zawartość pigmentu, dzięki czemu dla pełnego krycia wystarczy zaledwie jedna warstwa lakieru. Do tego lakier jest bardzo odporny na ścieranie i odpryski i długo utrzymuje świeżość. W sumie byłby to produkt bez wad gdyby nie cena - ok. 35zł. Jednak za jakość trzeba płacić i według mnie w przypadku ulubionego koloru można sobie pozwolić na taką fanaberię.

Jeśli nie chcesz tyle wydawać są też tańsze możliwości. Swego czasu bardzo popularne były lakiery Sally Hansen (ok.23zł), ale wydaje mi się, że są przereklamowane i z mojego doświadczenia wynika, że potrafią się szybciej zepsuć, niż inne tańsze alternatywy. Krycie też mają bez rewelacji.
Nie polecam też lakierów Inglot (ok. 23-35zł). Dawno temu kupiłam kilka kolorów i miały tak mało pigmentu i były tak rzadkie, że szkoda mi było czasu, który musiałam poświęcić na malowanie paznokci, ponieważ po nałożeniu trzech warstw lakier wciąż nie krył idealnie. Przyznaję jednak, że być może w ostatnim czasie coś się poprawiło, ponieważ testowany ostatnio lakier z serii matte (kolor 715) miał dobre krycie. Inna sprawa, że pędzelek do d... (zdecydowanie za wąski), a wykończenie w moim odczuciu było satynowe, a nie matowe.

To co w takim razie warto kupić ze średniej półki? Już za ok.15 zł kupisz lakier z serii Quick'n Go 45 seconds firmy Astor. Bardzo sobie chwalę te lakiery, ponieważ odpowiada mi szerokość pędzelka, konsystencja lakieru, no i tempo schnięcia. Producent zapewnia, że lakier nie odpryskuje nawet przez 5 dni i nie ściera się nawet przez 9 dni. Ostatnio lakier z tej serii zmyłam po 4 dniach, ponieważ delikatnie zaczęły ścierać się końcówki i pojawił się jeden odprysk. Uważam jednak, że 4 dni to przyzwoity wynik.
W tej kategorii cenowej plasują się również lakiery China Glaze (ok. 16zł). Są one bardzo popularne zagranicą. Niestety na chwilę obecną nie znalazłam nigdzie w Warszawie stacjonarnego sklepu posiadającego je w sprzedaży, a zakupu przez internet raczej nie zaryzykuję. Jeśli jednak któraś z Was zna te lakiery, będę bardzo wdzięczna za opinię
(^人^).

Na co zwracać uwagę kupując lakier
Wszystko zależy od Twojego priorytetu. Jeśli jest nim znalezienie idealnego odcienia, to sprawa jest prosta. Jeśli jednak wahasz się nad wyborem firmy lub serii, zastanów się czego od lakieru wymagasz (czy tak jak ja preferujesz szeroki pędzelek, a może potrzebujesz lakieru szybko-schnącego?).
Cenną wskazówką może też być Twoja sprawność manualna. Bowiem duża nakrętka ułatwia dobre i równe rozprowadzenie lakieru na płytce. Małe nakrętki niezbyt dobrze się trzyma w dłoni, a to utrudnia aplikację.
Ponadto pamiętaj, że żywotność lakieru skraca wystawienie na światło słoneczne, czy skoki temperatur, a co za tym idzie sposób przechowania lakierów w sklepie ma niemałe znaczenie dla jego trwałości. Unikaj lakierów ustawionych w sklepie w pełnym słońcu, oraz tych stojących przy lampach. Ogólnie temperatura, w której przechowuje się lakiery powinna być stała i nie za wysoka. Dlatego jeśli lakier do paznokci tygodniami stoi na wystawie sklepowej, nie będzie miał takich właściwości jak przewiduje etykieta.
Oczywiście w klimatyzowanych drogeriach kosmetyki mają znacznie lepsze warunki niż np. na bazarze.

Jak prawidłowo przechowywać lakiery
Podstawowa sprawa to (jak już wcześniej wspomniałam) nie wystawiać lakieru na światło słoneczne oraz skoki temperatury. Z tego jasno wynika, że lakierów nie należy przechowywać:
  1. W lodówce!
    Jakieś 10 lat temu usłyszałam, że lakiery należy przechowywać w lodówce. Okazuje się, że jest to mit, żeby nie użyć słowa bzdura.
    W lodówce jest zbyt niska temperatura, co powoduje, że lakier zastyga. Zbyt gęsta konsystencja nie sprzyja malowaniu. Wsadzenie takiego lakieru do kubka z wrzątkiem będzie równie chybionym pomysłem, ponieważ taki szok, kompletnie zepsuje lakier.
  2. Lakierów nie należy również przechowywać w łazience (tak jak kremów, czy innych kosmetyków).
    Dlaczego? Ponieważ tutaj również mamy do czynienia ze skokami temperatur i dużą wilgotnością (np. temperatura znacznie wzrasta kiedy bierzemy kąpiel), które powodują rozwarstwienie się lakieru.
  3. Nie trzymaj też lakierów przy grzejniku i/lub w bardzo nasłonecznionym miejscu. Lakiery wystawione na słońce znacznie szybciej tracą swoje właściwości. Szybciej zasychają, gęstnieją i stają się mało użyteczne.


Gdzie zatem lakiery trzymać? Po prostu w pokoju (z zachowaniem reguły nr3). Ogólnie tam, gdzie panuje temperatura pokojowa (20-24
°C). Najlepiej w szafce (brak dostępu światła słonecznego, no i nie kuszą wtedy dziecka).

Pisałam, że największym wrogiem trwałości lakierów są skoki temperatur i słońce. Jest jednak jeszcze jeden wróg - jest nim powietrze. Pamiętaj więc by zawsze dokładnie zakręcać buteleczkę. Jeśli do lakieru dostanie się powietrze będzie on dłużej utrwalał się na paznokciu, oraz będzie miał obniżoną trwałość.
Z tego samego względu buteleczki należy przechowywać pionowo, gdyż wówczas szyjka buteleczki się mniej brudzi, a co za tym idzie można ją szczelniej zakręcić.

Jeśli naprawdę chcesz zadbać o swoje lakiery, to regularnie czyść szyjkę buteleczki. Wystarczy ją przetrzeć bezpyłowym wacikiem, nasączonym preparatem z rozcieńczalnikiem. Tak oczyszczoną buteleczkę możesz szczelniej zakręcić przez co mniej powietrza dostanie się do środka.
Druga rada dla szczególnie dbających o lakiery, to potrząsanie. Raz na jakiś czas warto "rozruszać" wszystkie lakiery i mocno nimi wstrząsnąć, ponieważ zapobiega to krzepnięciu lakieru. Niektóre lakiery posiadają nawet w buteleczce kuleczkę, która pomaga przemieszać płyn.

Kiedy lakier wyrzucić
Już na pierwszy rzut oka widzimy, jak lakier zachowuje się podczas aplikacji. Jeśli się marze, ciągnie i zostawia na paznokciu gluty, to najwyższy czas się go pozbyć. Są rzecz jasna dostępne na rynku specjalne "rozcieńczalniki" do lakierów, które przedłużają ich życie, ale jednocześnie zmieniają właściwości. Oznacza to, że lakier nie będzie już tak trwały jak zapewniał producent.

Podobnie lakier, który się rozwarstwił, po wymieszaniu wciąż nadaje się do malowania, ale jego trwałość pozostawia wiele do życzenia.

A co z datą ważności? Mój mały research dał mi jednoznaczną odpowiedź: przeterminowane lakiery nie są dla nas niebezpieczne, ale nie posiadają już tych właściwości, jakie im przypisujemy, dlatego zastanów się czy warto ich dalej używać.



Na koniec wrzucam kilka propozycji przechowywania lakierów:

źródło:beautydepartment.com
Najbardziej podoba mi się ten pomysł i to nim się inspirowałam,
 organizując miejsce dla moich lakierów


Swoje lakiery trzymam w pudełeczku z pleksi, które zrobiliśmy na wymiar razem z eM.
Na czubku każdej nakrętki jest znacznik koloru.



źródło:zszywka.pl
Ktoś sprytnie wykorzystał wieszak do przechowywania biżuterii.
Lakiery są posortowane i są pionowo. Pomysł jest bez zarzutu
 pod warunkiem, że ten wieszak nie będzie wisiał na drzwiach
(bo światło słoneczne i zagracanie pokoju). Lepiej powiesić to w szafie.
źródło:thismomsgonnasnap.com
Półka na przyprawy z IKEA.
Pomysł genialny w swej prostocie, ale będzie dobrze się prezentował,
tylko jeśli mamy lakiery z jednej serii. Dodatkowo jest to kolejna
rzecz do odkurzania (wolę kiedy wszystko jest pochowane),
no i może być problem ze słońcem.
źródło:good-kovka.com
Lakiery zamknięte w estetycznej walizeczce, stanowiącej element dekoracji wnętrza.
Podoba mi się(^_^)


źródło:likeadime.blogspot.com
Według mnie pomysł zupełnie nietrafiony, choć efektowny.
Lakiery wystawione na słońce, nie stoją pionowo,
a już na pewno za bardzo kuszące dla małego dziecka.