niedziela, 15 listopada 2015

Ulubieńcy października 2015


Z początkiem października do Warszawy zawitały chłody. Kiedy na dworze robi się zimno i dni stają się coraz krótsze zwiększa się mój apetyt na zabiegi pielęgnacyjne. Z lubością buszuję wśród drogeryjnych regałów w poszukiwaniu godnych uwagi nowinek. Dlatego w tym miesiącu wśród ulubieńców znalazły się same kosmetyki (^_^).

  1. Absolutnym numerem jeden w tym miesiącu jest top coat Seche Vite.

    Idealne połączenie: lakier Essie i top coat Seche Vite

    Uwielbiam mieć pomalowane paznokcie. Jest to dopełnienie całego stroju. Można się bawić kolorami, czy wzorami wpływając tym samym nawet na własne samopoczucie. Nic tak bowiem nie daje mi pozytywnej energii do działania jak pomalowane na klasyczną czerwień pazury (^_-).

    Świeżo pomalowane pazury i już suche.

    Kiedy nie było Di nie stanowiło dla mnie problemu to, że muszę malować paznokcie 2 razy w tygodniu. Nałożony w niedzielę wieczorem lakier, jeśli nie był z najwyższej półki to już w środę wymagał zmycia. Znajoma poleciła mi hybrydę. Nie jest to jednak rozwiązanie dla mnie z kilku powodów. Paznokcie rosną mi na tyle szybko, że musiałabym ją zmywać co półtora tygodnia, a to jest zbyt kosztowne. Na dodatek nienormowane godziny pracy eM powodują, że trudno jest mi umówić się na sztywno na wizytę i to jeszcze z taką częstotliwością.

    Manicurzystka poleciła mi więc top coat Seche Vite. Nakłada się go jeszcze na mokre paznokcie, aby mógł się lepiej związać z lakierem i już po niecałej minucie paznokcie są zupełnie suche a lakier utwardzony! Dodatkowo produkt nadaje cudowny połysk. Top coat jest niezwykle trwały. Dopiero po 5 dniach pojawiają się przesłanki do zmycia lakieru: lakier na krawędzi paznokci się ściera i pojawiają się pierwsze odpryski na ogół na bokach płytki paznokcia. Obie te rzeczy uwidaczniają się jednak  w miejscach, w których warstwa produktu była cieńsza, myślę więc, że jakbym bardziej starannie nakładała top coat to udałoby się tego uniknąć.
    Wydaje mi się, że nie bez znaczenia jest jakość lakieru kolorowego. Najlepsze efekty uzyskuję używając lakierów Essie.

    Moje Halloweenowe pazury po 7 dniach.

     Wadą top coatu jest to, że dostępny jest tylko w Super Pharm (jeśli ktoś znajdzie go gdzieś indziej to niech da mi znać) oraz, że ma mocny zapach. Zapach czuję jednak tylko podczas malowania, które trwa krótką chwilę, więc w zasadzie nie jest to istotna przeszkoda. Cena nie należy też do najniższych  - ok.32pln, ale jak dla mnie ten top coat jest wart swojej ceny, ponieważ gwarantuje mi trwałość manicure przez 5 do 7 dni.
    Zaletami Seche Vite jest to, że przyśpiesza schnięcie lakieru, utwardza go i nabłyszcza oraz przedłuża trwałość manicure. Jak dla mnie must have nie tylko mamy, ale każdej kobiety!

  2. Drugim produktem, który jest moim must have, jest suchy szampon do włosów Batiste do włosów ciemnych

    Mój ulubiony Batiste dla brunetek.

    Czasami padam wieczorem wyczerpana stając przed trudnym wyborem: 
    Umyć włosy? A może po prostu zamknąć oczy by obudzić się nazajutrz?
    Nie ukrywam, że zdarza się, iż mój wybór pada na to drugie. Następnego dnia budzę się z nieświeżymi włosami w niczym nie przypominając Glam Mamy. Wystarczy jednak zaledwie chwila, by to naprawić. Puszką suchego szamponu należy mocno wstrząsnąć, a następnie spryskać włosy u nasady. Po przemasowaniu włosów palcami należy je jeszcze wyszczotkować.

    Już kiedyś używałam suchego szamponu (Schauma świeżość bawełny), co więc ma w sobie Batiste, że dopiero nim się zachwyciłam? Odpowiedź kryje się w trzech różnicach. Po pierwsze nienawidziłam zapachu Schaumy, a szampony Batiste mają bardzo przyjemne zapachy. Po drugie i najważniejsze Batiste ma wersje dla brunetek i szatynek. Suchy szampon bowiem, to nic innego jak proszek - w tym wypadku skrobia ryżowa - rozpylany na włosy tak jak lakier do włosów. W standardowej wersji proszek jest biały i nawet po wyczesaniu zostawia coś jakby biały pył na włosach. U brunetki wygląda to jak kurz. Batiste dla brunetek jest natomiast zabarwiony na ciemnobrązowy kolor, co niweluje wrażenie mąki we włosach. Trzecia zaleta Batiste to to, że jak twierdzi producent, tego szamponu nie trzeba wyczesywać. Chociaż sama zawsze to robię.

    Produkty Batiste można kupić w wielu sieciowych drogeriach np. Douglas, Hebe, Rossmann za ok 12 pln (200ml). Fajną opcją jest też wersja mini (50ml), którą można zabrać na wyjazd.

    Oczywiście suchy szampon nie jest idealny. Ponieważ jego działanie opiera się na aplikowaniu na włosy skrobi ryżowej, która ma wchłonąć sebum, z jednej strony powoduje on, że włosy unoszą się u nasady i wydają się świeższe, z drugiej jednak strony  wyglądają na matowe, a ze względu na barwnik ręce podczas masowania brudzą się.

    Oczywiście nic nie zastąpi umycia włosów normalną metodą, czyli na mokro i z dużą ilością pieniącego się szamponu, ale suchy szampon to dobry sposób na sytuację awaryjną, a takie u mam zdarzają się dość często (^_-).


  3. Mamy bardzo często po porodzie obcinają wypadające włosy. Moje wypadały tylko przez krótką chwilę, tak więc wciąż cieszę się bardzo długimi (prawie do pasa) i gęstymi włosami. Bardzo długo je zapuszczałam, dlatego nie zamierzam ich obcinać. Męczyłam się więc z nimi potwornie ilekroć musiałam je rozczesać. Na szczęście fryzjerka poleciła mi Schauma - Pielęgnujący spray: jedwabiste rozczesywanie.



    Spray znacznie ułatwia rozczesywanie włosów. Co ciekawe w sieci znalazłam kilka negatywnych opinii tego produktu. Niektórzy twierdzą, że odżywka skleja włosy i sprawia, że stają się matowe. Ja nic takiego nie zaobserwowałam. W moim przypadku odżywka faktycznie ułatwia rozczesywanie, pięknie pachnie i wygładza włosy. Dodatkowo zaletą jest niska cena (ok. 10 pln)  i duża wydajność.


  4. Czy lubicie aromat kokosa? Ja uwielbiam(^_^). Będąc w ciąży przeczytałam artykuł o dobroczynnym działaniu oleju kokosowego, zarówno tego spożywczego, jak i kosmetycznego. Pod wpływem tamtego tekstu zdecydowałam się na użycie oleju kokosowego jako remedium na pogarszającą się w ciąży cerę. Jak wiadomo większość przeciwtrądzikowych kosmetyków jest w ciąży zabroniona. Olej kokosowy można jednak stosować w stanie błogosławionym i faktycznie pomógł on na moje problemy z cerą.
    Ogólnie w tamtym okresie zaczęłam się interesować cudownymi właściwościami olejów i kosmetykami naturalnymi i ta fascynacja wciąż trwa. Dlatego kiedy zobaczyłam w drogerii 
    kokosowy balsam do ust Ziaja musiałam go wypróbować.



    Zgodnie z informacją producenta balsam zawiera lipidy orzecha kokosowego bogate w kwasy omega3 i 6, które są niezbędne do prawidłowego odżywienia i nawilżenia skóry. Oprócz tego balsam zawiera olej Canola, czyli nasz swojski olej rzepakowy, charakteryzujący się wysoką zawartością fitosteroli i tokoferoli, oraz tym, że odżywia i zmiękcza naskórek, neutralizuje wolne rodniki, chroni przed szkodliwym wpływem UV oraz skutecznie łagodzi podrażnienia. Dodatkowo balsam bogaty jest w lanolinę (natłuszcza, zmiękcza skórę, hamuje utratę wody) oraz witaminy A i E (chronią przed uszkodzeniami, doskonale regenerują, odżywiają skórę). 

    Jest to tylko balsam do ust, więc producent mógł pominąć tą całą "fizykę kwantową". Dla mnie najważniejsze jest by balsam dobrze nawilżał usta, nie "zjadał się" (nienawidzę tego smaku zlizanego balsamu w ustach, ble!) i się nie lepił (wargi między którymi przy otwarciu ust ciągną się niteczki kosmetyku - mega ohyda!). Balsam kokosowy Ziaja po nałożeniu daje wrażenie nie tłustych lecz mokrych ust. Wystarczy bardzo cieniutka warstwa. Nie czuję jego smaku kiedy mam go na ustach, a ponieważ jego konsystencja jest bardzo lekka (bardziej mokra niż tłusta) nie ma wrażenia lepiących się warg. Balsam jest białego koloru, dlatego trzeba nakładać go z wyczuciem. Jeśli nałożysz go za dużo usta będą białe. Jeśli jednak nałożysz go tyle ile trzeba, czyli cienką warstwę da on wrażenie zwilżonych ust. Dodatkowo cudownie pachnie kokosem. Do tego należy dodać niską cenę (ok. 6,50pln) i aplikację bez brudzenia rąk (kto wymyślił balsamy, które trzeba rozsmarowywać palcem?!). Jak dla mnie proste, skuteczne i tanie rozwiązanie.


  5. Ostatni z moich październikowych ulubieńców to krem do mycia twarzy SANA Nameraka Honpo Tsuyahari Q10. 
    Piana, która powstaje z tego kremu myjącego
    ma konsystencję pianki do golenia.

    Jak łatwo się domyśleć jest to produkt japoński. Zdecydowałam się jednak o nim napisać, ponieważ wcale nie trzeba mieć kontaktów w Japonii, aby go zdobyć. Bez problemu można go kupić za pośrednictwem Amazon, czy ebay. Na zakup zdecydowałam się pod wpływem bardzo pozytywnej opinii mojej ulubionej japońskiej urodowej vlogerki i nie zawiodłam się. Ten oczyszczający żel-krem do twarzy zawiera izoflawony sojowe i koenzym Q10. Ekstrakty z soi są używane przez Japończyków w kosmetologii już od setek lat, musi więc być chociaż odrobina prawdy w opowieściach o ich pozytywnych właściwościach. Zgodnie z informacją producenta krem myjący zawiera:
  • Izoflawony soi - które nawilżają skórę i nadają jej elastyczność
  • Ekstrakty z soi - wspomagające efekt nawilżenia
  • Koenzym Q10 - sprawiający, że skóra staje się sprężysta, miękka i nawilżona
  • Naturalny kolagen roślinny - ekstrakt z marchwi dla nawilżenia, beta-karoten dla ochrony skóry przez promieniowaniem UV
  • Brak barwników, substancji zapachowych, oraz olejów mineralnych.

    Jednak tym co najbardziej lubię w tym produkcie to charakterystyczna dla japońskich kremów myjących gęsta piana, którą można z nich uzyskać. Japończycy bowiem, do spienienia mydła używają tzw. foaming net, czyli siateczki spieniającej. Najczęściej jest to woreczek z siateczki o bardzo drobnych oczkach (porównywalnych z oczkami w pończosze) z małymi (2-3 cm) gąbeczkami zamkniętymi w środku. Na zwilżoną siateczkę wystarczy nałożyć odrobinę kremu (tyle co ziarenko groszku), a następnie trzeba intensywnie masować siateczkę, aż do uzyskania piany. Piana ta cechuje się dużą gęstością - jej konsystencja przypomina piankę do golenia. Po spłukaniu resztek kosmetyku, twarz jest do tego stopnia czysta, że przeciągnięcie po twarzy dłonią przypomina przeciągnięcie palcem po umytym talerzu.

    Krem ma dwie wady. Po pierwsze trzeba go bardzo dobrze spłukać z okolic oczu, ponieważ powoduje szczypanie oczu. Po drugie brak substancji zapachowych,  który teoretycznie jest zaletą kremu myjącego, sprawia, że kosmetyk tak naprawdę ma delikatny zapach oleju sojowego, za którym ja osobiście nie przepadam.

    Kosmetyk ten jest bardzo wydajny. Krem do mycia twarzy Nameraka Honpo Tsuyahari kosztuje w Japonii 864Y, czyli ok. 28 pln. Jest to normalny produkt dostępny praktycznie w każdej drogerii w Tokyo. Mam jednak wrażenie, że japońskie kosmetyki - nawet te z niższej półki, są wyższej jakości.
A co Wy poleciłybyście w tym miesiącu?






piątek, 30 października 2015

Matka Polka XXI wieku

źródło: parentsociety.com

W życiu każdej matki przychodzi taki moment, kiedy następuje zderzenie oczekiwań dotyczących macierzyństwa z rzeczywistością. W moim przypadku tych zderzeń było już kilka, no bo w końcu dzieci rosną, rozwijają się, a więc też nasze zaangażowanie w opiekę nad nimi i jej forma ulegają zmianom.

Wbrew moim przewidywaniom początki okazały się nadzwyczaj proste. Przez pierwszy miesiąc życia Di, eM starał się jak najwięcej czasu spędzać z nami, co przy wolnym zawodzie nie stanowiło większego problemu. Noworodki większość czasu przesypiają. Di na szczęście nie była marudnym maluchem - płakała tylko kiedy była głodna, lub miała mokro. Można więc powiedzieć, że angażowała mnie co 3 godziny i to zaledwie na 30 minut. Z początku bardzo dużo wypoczywałam po operacji i "odbijałam" sobie nocne wstawanie. Był czas na domowe obowiązki i na przyjemności takie jak czytanie książek, czy siłownia. 

Niestety po pierwszym zachwycie ilością wolnego czasu, nadszedł moment kiedy Di zaczęła raczkować, stawać i komunikować swoje rosnące potrzeby. Dla nas jako rodziców wymagało to przeorganizowania się i rezygnacji z części czasu, który spędzaliśmy na własnych przyjemnościach. Wciąż jednak byłam na urlopie macierzyńskim i to właśnie wtedy założyłam bloga. Bez większych trudności znajdowałam czas na pisanie 2-3 tekstów tygodniowo.

Największy szok przeżyłam jednak, kiedy Di skończyła rok, a ja wróciłam do pracy. Zmęczona godzinami spędzonymi w biurze, biegnę do żłobka. Pierwszy raz w ciągu dnia widzę Di o 17:00, ponieważ kiedy wychodzę rano z domu, ona wciąż jeszcze śpi (do żłobka odprowadza ją eM). Di zasypia o 21:00, dlatego w sumie mogę z nią spędzić zaledwie 4 godziny. Chciałabym, aby ten krótki czas był dla niej wartościowy i miły. Są jednak jeszcze obowiązki. Staram się włączać Di w prace domowe. Pomaga nam wieszać pranie, odkurzać, rozładowywać zmywarkę. Dajemy jej też proste zadania w kuchni. Di cieszy się kiedy może robić to co dorośli i myślę, że traktuje to jak zabawę. 
Kiedy wreszcie zasypia ja jestem od ponad 15 godzin na nogach, najczęściej więc ledwo doczłapuję do łóżka. Nie mam siły na uprawianie sportu, czytanie książki, ani pisanie na blogu.

Zawsze uważałam się za Panią swojego czasu. Nagle jednak okazało się, że nie mam nad czym panować. Umiejętna selekcja i delegowanie stały się kluczowe. Jeśli mam tylko 4 godziny dziennie dla dziecka, to może warto zapłacić komuś za sprzątanie, ugotować niewyszukany obiad, abo mieć w zapasie zamrożonych kilka porcji i odpuścić sobie na jakiś czas pisanie bloga? 
Ponownie stanęliśmy więc przed koniecznością redefinicji swoich priorytetów i na nowo układamy nasz tygodniowy grafik. Uważam bowiem, że nie może być tak, aby w ciągu doby człowiek nie miał czasu na swoje pasje i przyjemności. Kocham moje dziecko i chcę spędzić z nim tyle czasu ile jest możliwe, ale nie będzie to miło spędzony czas, jeśli będę zmęczona i sfrustrowana brakiem przestrzeni dla siebie. Nie chodzi bowiem o to, aby żyć życiem naszych dzieci, bo one kiedyś wyfruną z gniazda. Powinniśmy mieć swoje życie i zainteresowania, nie tylko dla własnej "higieny umysłowej",ale również dlatego, żeby inspirować nasze dzieci.

Ostatnio w Wysokich Obcasach przeczytałam wywiad z Jennifer Senior - amerykańską dziennikarką i antropolożką. Twierdzi ona, że według najnowszych danych amerykańskie pracujące matki spędzają z dziećmi o kilka godzin tygodniowo więcej niż matki z lat 60, które zajmowały się domem na pełen etat. Brzmi to niedorzecznie, ale przecież wtedy w Stanach Zjednoczonych kobieta miała być przede wszystkim gospodynią domową - specjalistką od przyrządzania obiadów z trzech dań i ekspertkami od sprzątania. Dodatkowo często do pomocy miały nianie lub tzw. pomoc domową.
W tamtych czasach nie poświęcano dzieciom tyle uwagi. Bawiły się same lub z dziećmi sąsiadów. Wymagano od nich głównie grzecznego zachowania w towarzystwie.

Dzisiaj dziecko to cenny kapitał. Dzieci jest mało i często są bardzo wyczekiwane (późne ciąże, in-vitro). Współcześni rodzice nad porządek, czy domowy obiad przedkładają  więc zabawę z dzieckiem, często niestety kosztem czasu dla siebie.

Bombardowani reklamami, programami i serialami, w których patrzymy na idealne rodziny mieszkające w perfekcyjnych domach z dziećmi, które nigdy nie płaczą i nie marudzą możemy łatwo popaść w kompleksy i jeszcze bardziej zatracić się w pogoni za kreowanym przez media ideałem. Warto jednak zatrzymać się i zastanowić co liczy się dla MNIE. Jeśli chcesz dzisiaj poczytać książkę, to zrób to - na pewno zasłużyłaś na chwilę relaksu. I nawet jeśli przez to nie ugotujesz obiadu, to trudno - nic się przecież nie stanie jeśli raz na jakiś czas zjecie "kupne" pierogi. Ktoś ci mówi, że zmarnowałaś czas? A ja Ci odpowiem słowami Johna Lenona: "Jeśli marnowanie czasu daje Ci radość, to nie jest to czas zmarnowany".




Źródło youtube.com:



wtorek, 8 września 2015

Kiku no sekku, czyli Festiwal Chryzantem

źródło: library.metro.tokyo.jp

Wraz nadejściem września do Warszawy zawitały chłody. W Japonii zakończyły się radosne matsuri i pokazy fajerwerków, ale to nie oznacza, że Japończycy przestali świętować.

9 września w Japonii obchodzony jest Dzień Chryzantem, czyli Kiku no Sekku. Korzenie tego święta sięgają roku 910. Dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca (pierwotnie według kalendarza księżycowego) został podobno wybrany ze względu na pomyślne znaczenie cyfry 9.
Tak jak w przypadku wielu japońskich świąt, Dzień Chryzantem wpierw kultywowany był w Chinach , a jego początki w Kraju Środka datowane są na XV w.p.n.e. Chryzantemy sprowadzono do Japonii w VII lub VIII w.n.e. Wkrótce chryzantema stała się kwiatem narodowym i wiele rodów wplotło ją w swoje herby. 
Stąd właśnie wzięło się określenie japońskiej monarchii jako "chryzantemowy tron". Symbolem cesarza jest chryzantema o szesnastu płatkach inne osoby i rody mogą używać chryzantemy w herbie, ale musi mieć ona inną liczę płatków. 

Tradycyjnie tego dnia myto się w chryzantemowej rosie, co miało zapewnić młody wygląd. Czytałam kiedyś o zwyczaju zostawiania bawełnianej tkaniny na kwiatach chryzantem na noc, by rano umyć się tkaniną nasiąkniętą rosą.

Wytwarzano też chryzantemowe sake i chryzantemową herbatę, które pito w Dzień Chryzantem. Picie chryzantemowej sake zapewniać miało długowieczność oraz chronić przed złymi duchami.Chryzantemowa herbata zaś obniża temperaturę ciała przy gorączce i oczyszcza wątrobę, poleca się ją również przy astmie.

Japońska rodzina cesarska co roku wydaje z Okazji Dnia Chryzantem Kangiku no utage, czyli bankiet podziwiania chryzantem.

Dziś ten dzień nie jest obchodzony hucznie. Poświęca się go na kontemplację urody chryzantem prezentowanych na licznych wystawach. Charakterystyczną cechą tych wystaw jest ubieranie figur w stroje z chryzantem.


źródło: japanesehealthylife.wordpress.com

Osobiście nie przepadałam za chryzantemami, ponieważ kojarzyły mi się one przede wszystkim z listopadowymi wizytami na cmentarzu. Jednak obserwacja Kiku no Sekku  przekonała mnie do urody tych kwiatów.

A jakie są Wasze skojarzenia z chryzantemami?

niedziela, 6 września 2015

RECENZJA: Marie Kondo - Kobieta nie większa od miotły, ale skuteczniejsza od odkurzacza



W Wielkiej Brytanii mają Anthea Turner, w Polsce mamy Małgorzatę Rozenek, zaś Japończycy mają Marie Kondo. Marie Kondo znana jest przede wszystkim ze swojej metody "odgracania" domu zwanej KonMari. Ostatnio stała się też znana szerszemu gronu, a to za sprawą publikacji książki, która została wydana w 30 krajach. Polskim czytelnikom znana jest pod tytułem "Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji".

Marie Kondo jest konsultantką "organizowania domu" oraz autorką wielu publikacji na ten temat. Zajmuje się tym już od ponad 20 lat. Porządkami zainteresowała się mając 5 lat. Wówczas z upodobaniem przeglądała magazyny dla gospodyń domowych kupowane przez mamę. W młodzieńczych latach wciąż poszukiwała idealnej metody na uporządkowanie swojego pokoju, a potem kolejnych pomieszczeń w domu. Chcąc odnaleźć jakąś zależność między bałaganiarstwem a osobowością lub temperamentem, poświęciła się nawet poznaniu ludzkiej psychiki. Doszła jednak do konkluzji, że takowej korelacji nie ma. Stworzyła za to metodę, a raczej całą filozofię sprzątania i mając zaledwie 19 lat zaczęła pracę jako konsultantka "organizowania domu". W Japonii jest stałym gościem programów telewizyjnych, radia, magazynów oraz Internetu. Ci, którzy chcą się zapisać na prywatną konsultację muszą czekać kilka miesięcy.

Wracając do tematu, książka Kondo po części jest biografią, po części kompendium prawd o gospodarstwie domowym, a po części standardowym podręcznikiem z mnóstwem wskazówek i rad. Dla Kondo sprzątanie nie jest tylko udoskonaleniem estetycznym. Książka jest o wpływie emocjonalnym i psychologicznym jaki porządek wywiera na nasze życie.

W dużym uproszczeniu metoda Marie Kondo sprowadza się do hasła: Pozbądź się wszystkiego co nie wnosi radości do Twojego życia! 
Jak się nad tym zastanowić, brzmi to fantastycznie. Wyobraź sobie, że gdzie się nie odwrócisz, na czym nie spocznie Twój wzrok czujesz radość, gdyż zgodnie z zasadą zostawiłaś tylko rzeczy wywołujące w Tobie pozytywne wspomnienia i uczucia. Przyznaję, że ta wizja wydaje mi się tak kusząca, że postanowiłam się zbliżyć do tego stanu. 
Już kilka lat temu zaczęłam wyrzucać ubrania, które były mi obojętne lub których wręcz nie lubiłam. Zostawiłam tylko te, w których wiem, że dobrze wyglądam i bez wstydu mogę w nich wyjść na spotkanie ze znajomymi. Zaś podczas przeprowadzki dokonałam istnej czystki, wyrzucając kilka worków zbędnych przedmiotów.

Metoda KonMari jest dosyć elastyczna. Przykładowo zaleca wyrzucenie wszystkich książek, z którymi nie mamy radosnych wspomnień lub wiemy, że ich nie przeczytamy. Mam słabość do książek i nie mogę powiedzieć, żeby każda z osobna wywoływała we mnie pozytywne uczucia. Jednak fakt posiadania tak dużego księgozbioru mnie cieszy, więc co do zasady nie muszę wyrzucać żadnej książki.
Jeśli natomiast masz rzeczy, które nie wywołują w Tobie pozytywnych uczuć, ale są użyteczne (np. przyrządy kuchenne) Marie Kondo zaleca po prostu zmianę nastawienia i przekonanie siebie, że przedmioty te lubimy.

Czy książka ta zrewolucjonizowała moje życie? Nie, ale wiele z przedstawionych przez autorkę zasad stosowałam już przed lekturą. Dlatego myślę, że dla osoby "zielonej" w temacie organizacji przestrzeni domowej, książka może się okazać objawieniem, ponieważ krok po kroku przeprowadza czytelnika przez proces "odgruzowania" domu.

Wadą książki może być fakt, że jest ona tłumaczeniem publikacji przygotowanej na rynek japoński, dlatego jest bardzo mocno osadzona w japońskim sposobie myślenia. Mam więc wątpliwość, czy książka ta "trafi" do polskiego czytelnika.
Autorka bowiem personifikuje przedmioty codziennego użytku. O torbie pisze na przykład:
Nosi wszystko, nawet jeśli jest przepełniona po brzegi. Kiedy ją odkładasz, często ociera się o ziemię, ale nie usłyszysz od niej skargi, robi co może, żeby cię wspierać. Co za oddany pracownik! Byłoby okrucieństwem nie dać jej odpocząć, przynajmniej w domu.

Kiedy autorka pisze o wyrzucaniu rzeczy również traktuje je jak żywe istoty i odnosi się do nich z ogromnym szacunkiem:
Wyraź im [wyrzucanym gadżetom zdrowotnym] swoją wdzięczność, za to, co wniosły do twojego życia, mówiąc im: "Dziękuję za motywację, jaką mi dałeś podczas zakupu (...). 

Wyrażany w ten sposób szacunek dla przedmiotów może być dla Polaka czymś niezrozumiałym, infantylnym lub wręcz głupim.

Japońska specyfika widoczna jest również w radach dotyczących łazienki (często są to plastikowe moduły, gdzie biorąc prysznic lejesz wodę po wszystkim, dlatego autorka radzi przechowywać tam jak najmniej rzeczy), czy szafy (w japońskich domach najczęściej znajdują się bardzo głębokie, długie na całą ścianę szafy wnękowe, do których autorka sugeruje np. wstawianie innych mebli, takich jak regał z książkami). Te rady pozostają w totalnym oderwaniu od polskich realiów mieszkaniowych.

Reasumując, książkę mogę polecić osobom nieuporządkowanym, gdyż książka w przejrzysty sposób prowadzi czytelnika przez cały proces oczyszczania domu ze zbędnych przedmiotów. Jeśli zdecydujesz się przeczytać "Magię sprzątania" pamiętaj by uzbroić się w dużą dawkę tolerancji na teksty personifikujące przedmioty codziennego użytku. Dla mnie była to ciekawa z kulturowego punktu widzenia lektura, dlatego polecam ją też osobom interesującym się kulturą japońską.

Dla zachęty zamieszczam poniżej filmiki (źródło: youtube.com) z krótka prelekcją na temat metody KonMari oraz instrukcje składania ubrań według metody autorki.













Cytaty zaczerpnięto z książki:
Marie Kondo "Magia sprzątania" Wydawnictwo Muza,2015

wtorek, 11 sierpnia 2015

Naucz dziecko "psiej etykiety"

źródło: pets4homes.co.uk


Wielu ekspertów mówi o pozytywnym wpływie wychowywania dziecka w otoczeniu zwierząt, jednak mało się mówi o tym, że dzieci wychowane ze zwierzętami mają ogromną śmiałość także do tych obcych czworonogów.



Di od urodzenia towarzyszą dwa koty. Jak tylko zaczęła raczkować jej zainteresowanie miauczącą częścią rodziny znacznie się zwiększyło. Zaczęła kłaść się na kotach, ciągnąć za sierść, uszy i wąsy. Natychmiast ruszyłam z odsieczą, ucząc Di jak się głaszcze koty, jak się z nimi bawić, a czego robić nie należy.
Psy na szczęście nie wzbudzały u Di większego entuzjazmu. Aż do momentu, kiedy poznała wesołe boksery swojego ojca chrzestnego. Sprawiała wrażenie jakby toczyła się w niej wewnętrzna walka między chęcią zabawy z psami a lekiem przed ich ekspresywnością. Podchodziła z uśmiechem i wyciągniętą rączką, ale kiedy to psy chciały podejść do niej chowała rączki i siadała na ziemi.
Mimo tego rozdwojenia, od tego momentu Di oszalała na punkcie każdego możliwego zwierzęcia - nawet śledziła kiedyś spacerującego po trawniku bociana.
W tym momencie konieczne staje się wsparcie rodzica. To my musimy nauczyć dziecko jak zachować się przy obcym zwierzęciu. Dzieci są nieprzewidywalne, tak samo jak zwierzęta. Nawet najłagodniejszy pies może zaatakować ponieważ wystraszy się piszczącego dziecka.

Dla bezpieczeństwa naszych dzieci nauczmy je etykiety w postępowaniu z obcymi zwierzakami. Ponieważ nie jestem psim behawiorystą, ani weterynarzem, przeszukałam dla Was szerokie zasoby internetu i oto czego się dowiedziałam.

  1. Po pierwsze naucz dziecko by nigdy nie zbliżało się do obcych zwierząt bez rodzica. Nie podchodźcie też do zwierząt spuszczonych ze smyczy, niezależnie od tego, czy widzisz właściciela.
  2. Po drugie widząc już z daleka psa zwróć uwagę, czy nie ma przy obroży lub smyczy żółtej wstążki.

    źródło: vetco.org


    Projekt Yellow Dog działa w wielu krajach na całym świecie. Właściciele psów skupieni w tym projekcie przyczepiają swoim pupilom żółtą wstążkę, czy chustkę. Jest to znak, że ten pies potrzebuje przestrzeni. Powody mogą być różne. Pies może być na kwarantannie, po zabiegu chirurgicznym, lub może mieć za sobą ciężkie chwile w schronisku. Powodem do zachowania dystansu może być też cieczka, czy odbywany obecnie przez psa trening.

    Jeśli więc zauważysz "żółtego psa" wyjaśnij dziecku czemu nie wolno się do niego zbliżać.
  3. Jeśli pies nie ma żółtego oznaczenia możesz podejść aby zapytać właściciela, czy wolno pogłaskać psiaka.

    Jeśli odpowie, że nie, to nie ma tematu. Nie należy naciskać i prosić o zmianę zdania. Nie to nie. Przyczyny mogą być różne, włączając te dotyczące "żółtych psów", ale właściciel po prostu może nie być świadomy istnienia tego projektu i specjalnego oznaczenia.
  4. Jeśli właściciel się zgodzi można podejść i dać się psu obwąchać. Najlepiej w tym momencie trzymać ręce wzdłuż ciała.
    Pamiętajmy też że kontakt wzrokowy może zostać przez psa odczytany jako wyraz agresji.
    Najlepiej też podchodzić do psa w ciszy. Wiele osób mówi do zwierząt jak do dzieci (wysokim tonem głosu). Dla psa jest to oznaka uległości, co może spowodować agresywne zachowanie zwierzęcia.
  5. Dopiero po tym można wyciągnąć do psa rękę. Najlepiej zwiniętą w pięść (w razie czego ocalisz palce) poniżej psiej głowy (dłoń ponad głową może zostać odebrana jako akt dominacji).

    Jeśli pies się wycofa to zostaw go w spokoju, najwidoczniej nie życzy sobie kontaktu.
  6. Jeśli pies zacznie się łasić lub lizać dłoń, można spróbować pójść o krok dalej. Pogłaszcz psa delikatnie, ale obserwuj jego reakcję. Na wszelki wypadek trzymaj dziecko z dala od psiego pyska.
  7. Dopiero teraz możesz pozwolić dziecku pogłaskać pieska.
Najważniejsze to nauczyć dziecko, by traktowało zwierzę jak istotę ludzką. Dziecko też nie lubi, jak rodzina i znajomi rzucają się na nie i wszyscy chcą całować i przytulać. Tak samo jest ze zwierzętami. Ten nadmiar czułości może być dla nich dyskomfortem.









Źródło:http://www.petful.com/behaviors/how-to-greet-strange-dog/

sobota, 8 sierpnia 2015

Ulubieńcy lipca 2015

źródło:bofido.pl, chanrio.com

Połowa lipca upłynęła nam na urlopie. Tym razem wybraliśmy dosyć odludne lokalizacje, co nie sprzyjało zakupom, czy buszowaniu po internecie. Mimo, to zdążyłam wyłonić kilka zabawnych lub przydatnych rzeczy.

  1. Zacznę od niemiłej przygody, która nam się przydarzyła.
    Kiedy nie patrzyliśmy, Di wzięła z półki tablet i upuściła go na kamienny parapet. Oczywiście szybka rozbiła się w drobny mak.
    Z kolei Smartfon przeżył wakacje w jednym kawałku, aczkolwiek wrócił z pękniętą szybką. Na szczęście eM parę miesięcy wcześniej namówił mnie na zakup ochronnej szybki na ekran. I to ona jak i inne zabezpieczenia telefonu są pierwszym z moich ulubieńców.

    źródło:bofido.pl

    Nawet jeżeli tak jak ja, przez całe życie nie zabezpieczałaś w żaden sposób telefonu, to po pojawieniu się dziecka jest najlepszy moment by to zmienić.
    Ja zdecydowałam się na solidną obudowę firmy Spiegen oraz szybkę na ekran.

    źródło:zolti.myapple.pl

    Ponadto p
    o krótkich poszukiwaniach dowiedziałam się, że niektóre firmy oferują ubezpieczenie szybki. Dopłacając trochę przy zakupie telefonu mamy gwarancję, że jeśli stłucze się szybka (a jest to najczęstsza usterka), naprawa zostanie wykonana bezpłatnie.

  2. W zeszłym miesiącu skupiłam się na produktywnym spędzaniu wolnego czasu w wakacje, zapominając o jednym punkcie: kursy i warsztaty.

    źródło:facebookowy profil kirin kiri-e

    Jeśli marzysz o tym by nauczyć się szyć, to czemu już dziś nie zapiszesz się na kurs podstaw krawiectwa? A może chciałabyś rozwinąć się wewnętrznie? W czerwcu polecałam wykłady on-line i podcasty, ale czemu nie wybrać się na szkolenie, czy warsztaty stacjonarne?
    Kiedy byłam na urlopie macierzyńskim byłam częstym gościem wydarzeń specjalnych w MaMa Cafe. Dzięki temu poznawałam inne kultury, czy też dowiedziałam się jak rozkręcić własny biznes mając dzieci. Zaletą tego konkretnego miejsca jest to, że na wszystkie spotkania można przychodzić z dziećmi.

    Wycinanki, które zrobiłam na warsztatach.

    W przypadku kursów praktycznych nie ma już oczywiście możliwości uczestniczenia z maluchem, ale jeśli tylko masz możliwość zostawić pociechę pod czyjąś opieką warto zrealizować swoje marzenie i poszerzyć horyzonty. 
    Kiedyś chodziłam na kurs kaligrafii, w tym roku zdecydowałam się pójść na warsztaty kiri-e, czyli japońskich wycinanek. Świadomość, że jest to czas dla mnie i, że mimo macierzyństwa można wciąż realizować swoje marzenia jest kojąca. Dodatkowo podczas zajęć wymagających precyzji najlepiej się relaksuję. Stąd mój wybór często pada na warsztaty wymagające koncentracji.

    A Ty o jakim kursie marzysz?

  3. Na koniec chciałabym Wam zaproponować małą zabawę. Jeśli śledzisz mój profil na Facebooku, to z pewnością zauważyłaś już zabawny awatar w stylu postaci japońskiego przedsiębiorstwa Sanrio, który dodałam w piątek.

    źródło:chanrio.com

    Został on wygenerowany na stronie chanrio.com. Pod tym adresem możesz krok po kroku stworzyć swój awatar. Strona jest niestety japońska, ale wierzcie mi, że najważniejsze przyciski są podpisane w języku angielskim, więc dacie radę(^_^).
    Jedyna uwaga, której możecie nie być w stanie przeczytać, to to, że chanrio nie działa na wszystkich przeglądarkach. Na pewno działa na IE i Safari. Z pewnością nie da się zrobić awatara chanrio na Chromie. Nie pamiętam jak to wygląda w przypadku Firefox.

    A więc do dzieła - zrób swój awatar chanrio!

niedziela, 2 sierpnia 2015

Co nie idzie w parze latem?

źródło:simplotfoodservice.com.au i harvesttotable.com

Japończycy bardzo dbają o jakość swoich posiłków. Istotne jest nie tylko używanie świeżych składników sezonowych, ale również spożywanie dań zgodnie z ideologią taiji i medycyną chińską.

Czy zastanawialiście się czasem czemu do głęboko smażonych dań japońskich zawsze podawany jest starty surowy daikon? Otóż zgodnie z medycyną chińską daikon zmniejsza negatywny wpływ tłustej potrawy na wątrobę. Skoro jest szereg połączeń dających pozytywne działanie, jak łatwo się domyśleć są też połączenia, których powinniśmy się wystrzegać, szczególnie w czasie upałów, które obciążają nasze organizmy.

Te negatywne kombinacje to tabeawase [czyt.: tabeałase]. Troskliwi japońscy rodzice od dziecka wpajają swoim pociechom, których połączeń mają unikać. Wiedza ta powtarza jest od tak dawna, że czasem już nawet sami Japończycy nie potrafią wyjaśnić czemu dana kombinacja uważana jest za szkodliwą.

Tak na przykład jest z umeboshi [czyt.: umebosi], czyli marynowaną śliwką/morelą japońską o charakterystycznym słono-kwaśnym smaku i z unagi, czyli grilowanym węgorzem. Od dziesięcioleci mówi się, żeby tych dwóch dań nie łączyć, ale dopiero od niedawna ludzie zaczęli sobie zadawać pytanie czemu? Wiele współczesnych badań potwierdza, że umeboshi  wpływa pozytywnie na trawienie, dlatego połączenie jej z tłustym węgorzem wydaje się wręcz właściwe. Nie udało się znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Najbardziej wiarygodne wydaje się wyjaśnienie mówiące o tym, że kiedyś unagi było drogim daniem, dlatego zajadanie go kwaśno-słoną śliwką zabijało cały smak tej wysublimowanej potrawy. I stąd aby ludzie nie zatracali przyjemności z konsumpcji drogiego węgorza odradzano jedzenie przy tym umeboshi.

Kolejna kombinacja przed, którą przestrzegany jest każdy Japończyk to łączenie potraw ciężkostrawnych z takimi, które są zimne i zawierają dużo wody. Jeśli więc jesteś fanem tempury, nie polecam popijać tego dania szklanką zimnej wody, czy zajadać arbuzem. Czy popiłbyś szklanką zimnej wody porcję placków ziemniaczanych, czy bigosu? Mnie już na samą myśl mdli, więc chyba coś w tym jest.

Na liście kombinacji zakazanych latem znajduje się też połączenie razem potraw ciężkostrawnych, jak na przykład makaron z agar-agar i surowe jajka.
Przyczyny tej przestrogi szukać nie trzeba. Wystarczy, że wycieńczony upałem organizm obciążymy jedną trudną do strawienia potrawą - dwie mogą już wywołać poważny ból brzucha.

Innym często powtarzanym latem błędem jest spożywanie samych zimnych potraw. Teoretycznie wydaje się to normalne. Kiedy żar leje się z nieba nie myślimy o jedzeniu ciepłych rzeczy. Wolimy zimne napoje, lody, owoce, chłodniki, czy zimny domowy makaron ze śmietaną i truskawkami. Ale paradoksalnie jedząc same zimne i mokre potrawy też możemy sobie zaszkodzić, ponieważ spożywanie tego typu dań blokuje najlepszy system chłodzenia jakim dysponuje nasz organizm, czyli pocenie.

W Polsce też mamy na podorędziu kilka mądrości dotyczących złych kombinacji dań. Najbardziej wryła mi się w pamięć, ta dotycząca nie łączenia czereśni z przetworami mlecznymi.
A jakie szkodliwe kombinacje znacie Wy?









Przykłady zaczerpnięte z japantimes.co.jp