czwartek, 16 października 2014

Czy chłopcy winni po sobie sprzątać?

http://www.mariepapp.com/

Ostatnio w Polsce zawrzało w związku z wypowiedzią abp. Gądeckiego. W wywiadzie dla "Naszego Dziennika", metropolita poznański powiedział:
Niektórym rodzicom podoba się uczenie chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki. Pociągające jest również hasło, że wszyscy ludzie są sobie równi i mają prawo do szczęścia. Te słowa przypomniały mi o wynikach ankiety przeprowadzonej ostatnio w Japonii wśród 1371 rodzin z dziećmi, w których obydwoje rodziców pracuje. 70% ankietowanych mężczyzn wyznało, że ich żony stosują wobec nich kaji-hara, czyli molestowanie obowiązkami domowymi.


Firma AKH, która przeprowadziła ankietę, zdefiniowała kaji-hara jako zachowania polegające na krytykowaniu męskich metod zajmowania się gospodarstwem domowym. Chodzi tu o sytuacje, kiedy przykładowo mężczyzna właśnie skończył zmywać naczynia, zaś żona dziękuje i mówi, że i tak musi po nim jeszcze raz pozmywać. Mężczyzna, któremu przytrafiła się ta sytuacja opowiedział ankieterowi, że kiedy to usłyszał, postanowił, że już nigdy w życiu nie zmyje naczyń.

Na stronie AKH pojawiły się komentarze, że jeśli kobiety chcą by mężczyźni pomagali im w obowiązkach domowych, to muszą im w tej dziedzinie schlebiać. Pojawiły się też jednak inne głosy: „Jeśli rodzic narzeka na mierne wyniki dziecka w nauce, to ono ma przestać się uczyć?”, „a może jeśli szef wytknie Ci popełnione błędy, to nie pójdziesz nazajutrz do pracy?”.
Mayumi Taniguchi, profesor Osaka Kokusai University, w wywiadzie dla Tokyo Shimbun zauważyła, że tradycyjnie to mężowie narzekali na jakość wykonywanych przez żony prac domowych. Pod wpływem profesor, AKH zmieniło, więc definicję kaji-hara. Nie chodzi tu bowiem o dręczenie mężczyzn, ale raczej o społeczeństwo traktujące pełnoetatowe gospodynie domowe z zawoalowaną pogardą.
Niestety mam wrażenie, że w Polsce mamy do czynienia z podobnym podejściem. Prace, które nie są wynagradzane, lub są nisko płatne pogardzane są według mnie przez większość społeczeństwa. Polskie gospodynie domowe często borykają się z poczuciem niedocenienia i mają zaniżoną samoocenę, chociaż każda osoba, która była na urlopie rodzicielskim wie, jakim wyczynem jest opieka nad dzieckiem i jednoczesne sprzątanie, pranie, gotowanie itp. Mimo wielu umiejętności i wiedzy, które potrzebne są dla efektywnego wykonywania obowiązków domowych, o gospodyniach w Polsce wciąż mówi się jak o osobach niepracujących (zawodowo), a więc wypoczywających w domu.

english-ch.com


Mieko Takenobu, profesor na Wako University, a także była reporterka Asahi Shimbun, ukuła dla swojej książki („Housework Labor Harassment”) teorię, która mówi, że dopóki japońskie kobiety nie zostaną wyzwolone z ról: wychowawcy dzieci, rodzinnej pielęgniarki, opiekuna ogniska domowego, nie zostaną zaakceptowane jako pełnoprawni członkowie siły roboczej, ponieważ społeczeństwo nie uznaje tych – wykonywanych bezpłatnie  – zadań, za prawdziwą pracę. Od kobiet po prostu oczekuje się wykonywania pewnych prostych zadań i dlatego profesjonalni pracownicy placówek typu przedszkola i żłobki oraz opiekunowie zarabiają w Japonii tak niewiele mimo deficytu pracowników na tych stanowiskach (mężczyźni na tych stanowiskach stanowią prawdziwą rzadkość). Takenobu dodaje, że nie ważne jak kobiety zostaną powitane w miejscu pracy, ponieważ dopóki na nich spoczywa brzemię prac domowych nigdy nie zyskają prawdziwej niezależności.
Myślę, że nie bez znaczenia jest tu fakt, że kobiety mają szersze pole uwagi, co przekłada się również na bliskich. W rezultacie kobiety martwią się o wszystko i wszystkich. Czując na sobie brzemię całkowitej odpowiedzialności za rodzinę i dom. Trudno, więc wymagać, aby były jeszcze w stanie martwić się o sprawy zawodowe. Dla mnie bardzo ważne było ustalenie z mężem, kto w domu za co odpowiada. Ponieważ obydwoje pracujemy zawodowo nie widzę powodów dla których miałabym być jedyną osobą odpowiedzialną za porządek w domu. Dzięki tym jasnym zasadom mam czas na oddawanie się swoim pasjom. Udział eM w pracach domowych oraz obowiązujące prawo pracy pozwalają mi na powrót do pracy. Z przeprowadzonego przeze mnie wywiadu, wynika, że w przypadku polskiego KP, jeśli masz jedno dziecko i kredyty (a taką sytuację ma wiele rodzin) praktycznie nie masz wyboru, ponieważ aby spłacać raty rodzina potrzebuje obydwu wypłat. Kiedy w rodzinie jest więcej maluszków wybór nie jest już taki oczywisty, ponieważ koszt żłobka może przewyższać pensję jednego rodzica. W Japonii mamy jednak sytuację z odwrotną sytuacją. Zdaje się, że kobiety nie mają wyboru innego jak pozostanie w domu, gdyż jest to najbardziej opłacalne z finansowego punktu widzenia*. 
Ostatnio nawet premier Japonii, Shinzo Abe, obiecał pomóc Japonkom zabłysnąć w miejscach pracy. Rząd obiecał skończyć z płciową nierównością wynagrodzeń oraz małym zatrudnieniem kobiet na stanowiskach kierowniczych, ale Takenobu uważa to za niemożliwe dopóki oczekuje się od kobiet, że będą jedynymi odpowiedzialnymi za dom i wychowanie dzieci.
Jednak podczas gdy Abe i jego partia liberalno-demokratyczna składają ustne deklaracje o włączeniu kobiet do siły roboczej, media (szczególnie w reklamach telewizyjnych) kontynuują forsowanie ideału sprawnej gospodyni domowej z wyraźnym podziałem ról męskich i żeńskich niczym w latach 70-tych.
Masae Ido, była krajowa ustawodawczyni, która wychowała piątkę dzieci, poskarżyła się na łamach Tokyo Shimbun na niedawną reklamę producenta żywności – firmę Ajinomoto – która to pokazuje jak to matki przygotowywały posiłki dla swoich rodzin od epoki kamienia łupanego. Gdzie jest ojciec w tej reklamie? – Pyta Ido. Chociaż reklama, według Ajinomoto ma pokazywać matczyne oddanie rodzinie, zdaniem Ido jedynie utrwala stereotyp.



Media mają duży wpływ na kształtowanie się zachowań. Nie zapominajmy jednak o roli systemu i polityki wdrażanej przez rząd. W ustawie z 1985r. zapomniano o  prawie równych szans zatrudnienia, za to pełnoetatowym gospodyniom domowym nadano specjalny status podatkowy i w systemie emerytalnym. Z jednej strony, kobiety były zachęcane do prześcigania się w miejscu pracy, podczas gdy z drugiej strony, kobiety które wybrały pozostanie w domu nagrodzono finansowo. W perspektywie długofalowej, oddane gospodynie domowe wyszły lepiej ekonomicznie niż pracujące żony.

japanesetastes.blogspot.com


Asahi Shimbun opublikował artykuł o 38letniej żonie, która pracowała na pełen etat od ukończenia uniwersytetu, ale porzuciła pracę kiedy firma jej męża przeniosła go. Mieli dwuletniego syna i nie chciała zajmować się nim w pojedynkę, ale ostatecznie o przeprowadzce za mężem zdecydowały benefity finansowe. Jeśli zdecydowałaby się uzależnić od męża otrzymałaby od jego firmy „zasiłek zależności” w wysokości 17.000yenów miesięcznie (544PLN).  Dodatkowo wysokość podatku nałożonego na męża znacznie by zmalała. Dodatkowo wciąż objęta by była systemem emerytalnym bez uiszczania comiesięcznych wpłat (a to wszystko dzięki wspomnianej ustawie z 1985r). To samo tyczy się ubezpieczenia zdrowotnego. Więc mimo, że ich dochód po rezygnacji z pracy znacząco się zmniejszył, to jednak byli w stanie się utrzymać. Ale jak powiedziała bohaterka artykułu „Jak raz zostaniesz zależny, trudno wrócić, chyba że wiesz, że zarobisz dużo pieniędzy.” Takenobu potwierdza, że kobiety, które wracają do pracy robią to ze znacznie zredukowana płacą.
Media bronią się twierdząc, że stawiają gospodynie domowe na piedestale. Japoński rząd już zaczął działać wymagając od firm zatrudniających ponad 300 osób przedstawienia planów zwiększenia zatrudnienia kobiet. Według mnie najważniejsze jest stworzenie kobietom takich warunków, aby faktycznie miały wybór, czy chcą wrócić do pracy. Tego samego wymagam od polskich władz.
Żeby nie było tak poważnie w ramach relaksu polecam dwie japońskie doramy:
  1. "At home dad" - komediowy serial o rodzinie, w której następuje odwrócenie tradycyjnych ról (tata przejmuje obowiązki gospodarza domowego).
    dramacrazy.eu

  2. "Otomen" - o licealiście będącym otomen'em, czyli mężczyzną o typowo kobiecych pasjach.
    dramacrazy.eu

    * Urlop macierzyński w Japonii trwa 14 tygodni (40% wypłaty)


Źródło:

Halloween w sosie sojowym



Halloween zbliża się wielkimi krokami. Na facebook'u już jakiś czas temu zamieściłam linki do zdrowszej alternatywy halloween'owych przekąsek. A może macie ochotę na coś japońskiego? 
W sieci znalazłam instrukcję wykonania specjalnie dekorowanych onigiri. Onigiri to garść ryżu uformowana w trójkąt lub rzadziej w koło, czy walec. Onigiri to taka japońska kanapka dlatego najczęściej jest nadziana jakimś farszem w rodzaju umeboshi (marynowana słodko-kwaśna japońska śliwka), tuńczyka z majonezem, czy nawet kurczaka. W tym jednak przypadku ze względu na dekoracyjny charakter zrezygnowano z nadzienia.

  1. Ryż do sushi należy ugotować zgodnie z instrukcją. Wbrew temu co możecie znaleźć na niektórych polskich stronach z przepisami ryżu do onigiri nie doprawia się octem ryżowym, cukrem itp. dodatkami dodawanymi do ryżu na sushi. Japończycy ryż na onigiri doprawiają jedynie specjalnymi posypkami (furikake), sezamem, czy delikatnie solą. Oczywiście Wy możecie zrobić tak jak Wam smakuje(^_^)

    W tym przypadku do ryżu dodano decofuri, czyli specjalne barwniki do ryżu. Myślę jednak, że każdy barwnik spożywczy się nada. Dla zainteresowanych decofuri można kupić na e-bay'u, czy amazonie (ok 8$).
    decofuri
    w przypadku Halloween najważniejsze kolory to pomarańczowy i zielony

  2. Przygotuj wodorosty nori, plasterek sera żółtego, nożyczki, nożyk i słomkę.
    Aby przygotować onigiri ze zdjęcia uformuj pomarańczowy owal, trójkąt (kolor dowolny), zielony prostokąt (Frankenstein), koło (kolor dowolny), prostokąt (dół zielony, góra różowa lub pomarańczowa). Uformowane kształty otocz paskami nori.


  3. Do przygotowania onigiri w kształcie dyni, wytnij 4 cienkie paseczki w kształcie łuku, szczerbaty uśmiech, oczy trójkąciki, czy też inny wymyślony przez siebie wzór, i umieść na pomarańczowym owalu tak jak widać na zdjęciu.

  4. Wzór pajęczyny jest bardzo prosty. Wystarczy odpowiednio ułożyć cieniutkie paseczki nori. Do tego dodaj pajączka i muszkę również z nori.

  5. Głowa Frankensteina też nie należy do skomplikowanych wzorów. Oczy zrobione są z sera, szwy i źrenice z nori. Na poniższym zdjęciu wycięto półkola z sera, ale łatwiejszym rozwiązaniem może być wycięcie słomką koła i przecięcie go na pół.

  6. Upiorny widok możecie stworzyć jak chcecie. Mogą być gwiazdy i księżyc z sera, nietoperze i budynki z nori, lub cokolwiek wymyślicie

  7. Do zrobienia motywu czaszki wytnij piszczele i czaszkę z nori, a oczy z sera (użyj do tego ściśniętej słomki).

    Na koniec dorzucam jeszcze pomysł na czaszkę wyciętą z ugotowanego na twardo jajka.

    Jak już obierzesz jajko obetnij jego węższy koniec zostawiając z jednej strony "zęby". Słomką wytnij oczy i nos. I gotowe!

    Źródło: http://www.hagoromofoods.co.jp/

wtorek, 14 października 2014

Subiektywny wybór najciekawszych wystawców na GRAND BAZAR

źródło: GRAND BAZAR

Grand Bazar w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich obfitował w ciekawe propozycje. Jak zwykle wymienię jedynie tych wystawców, którzy zaciekawili mnie.


  1. Listę otwiera (kolejność przypadkowa) Dress You Up z wesołymi płaszczykami SIDES. Płaszczyki niestety nie są ocieplane, ale są z dobrych materiałów, no i zachwycają wzorami tkanin. Nosić można barwną stroną na wierzchu, lub stroną szarą wywijając jedynie fragment kolorowych rękawów.

    źródło: dressyouup.pl

  2. Z oferty dla dzieci moją uwagę zwróciły też ubranka Kokofolk. Biorąc pod uwagę coraz chłodniejsze dni mnie najbardziej zainteresowały spodenki z motywami ludowymi (haftowana parzenica lub wzór inspirowany wycinanką łowicką).

    źródło: kokofolk.pl

  3. Bardzo wielu było projektantów odzieży dla dorosłych. Już przed targami wiedziałam, że koniecznie muszę odwiedzić stoisko Project MESS, ponieważ zakochałam się w ich spódnicach uszytych z tkaniny z domu mody Balenciaga. Niestety Pani Martyna nie wzięła ze sobą tych cudeniek, ale wciąż dostępne są w sprzedaży internetowej.

    źródło: projectmess.pl

  4. Biżuteria Selfie jest oryginalna i z klasą. W ofercie oprócz wyrobów standardowych takich jak kolczyki, bransoletki, czy wisiorki, znajdziecie również tzw. knuckle rings, czyli pierścionki noszone w połowie palca.

    źródło: selfiestore.pl

  5. Listę zamyka biżuteria M'aime. Szczególnie spodobały mi się delikatne naszyjniki łączące srebro, srebro rodowane, złoto, oraz te długie z zawieszką i kamieniem.

    fot: Maime

    Już nie mogę doczekać się kolejnych targów mody. Z chęcią podzielę się z Wami nowymi modowymi odkryciami.

niedziela, 12 października 2014

4 narzędzia zarządzania czasem, których nie miał Biały Królik

źródło: http://www.alice-in-wonderland.net/

Czy pamiętacie uroczego białego królika z "Alicji w Krainie Czarów"? Ów roztrzepany jegomość wiecznie się gdzieś spieszył, a raz nawet zapomniał z domu swoich białych rękawiczek. Czy Wy też czasem czujecie się jakbyście były tym białym królikiem?
Jeśli tak to może brakuje Wam tego, czego nie miał też i królik, czyli czterech narzędzi zarządzania czasem. 

  1. Kalendarz
    źródło:http://hardballtalk.nbcsports.com/

    Są tacy, którzy zapytani o kalendarz mówią, że owszem mają – taki w outlook’u. Jeśli Ty też korzystasz tylko z tej formy kalendarza, to czas rozważyć zmianę. Nie wyobrażam sobie jak można efektywnie działać nie mając przy sobie tak podstawowego narzędzia zarządzania czasem jakim jest terminarz.Każdy smartphon ma kalendarz i to już jest coś. W i-Phonie np. można prowadzić kilka równoległych terminarzy, co może być przydatne dla rodzica, który musi czasem sprawdzić gdzie powinno być w danej chwili dziecko, a funkcja przypomnień jest genialna. Niektóre smartphony dają też możliwość zsynchronizowania kalendarzy z resztą rodziny. Jeśli jednak Twój telefon nie ma takiej funkcji, to nic straconego. Odpowiednia aplikacja załatwi sprawę. Jedna z najlepszych aplikacji jakie testowałam to cozy. Rozkład dnia każdego członka rodziny nałożony jest na jeden graf, zaś uczestnicy zaznaczeni są „swoimi” kolorami. Są oczywiście przypomnienia, plan na cały tydzień przesyłany jest mailem, jest funkcja listy zakupów i tzw. TO DO (o którym będzie w następnym punkcie), a cała platforma współpracuje z outlook’iem. O aplikacjach tego typu napiszę jeszcze w innym poście.Wracając do tematu. Kalendarz oczywiście może być papierowy i ja właśnie z takiej formy korzystam. Kiedyś wystarczał mi mały kalendarzyk, potem przestawiłam się na ten w i-phonie, bo to zawsze mniej o jedną rzecz w torebce, a przypomnienia ratowały mi czasem tyłek. Smartphon był jednak dobry, dopóki do ogarnięcia miałam tylko moją strefę prywatną i pracę. Odkąd pojawiła się Di. Powróciłam do kalendarza papierowego, a to dlatego, że mam tak dużo rzeczy do wpisywania, że szybciej idzie mi kiedy to robię na papierze. Inna kwestia to to, że terminarz papierowy daje nam dodatkową możliwość rysowania w nim, czy oznaczania szczególnych dla nas dat, a mi akurat sprawia przyjemność dodawanie tych małych akcentów (*^_^*).
    1. Lista rzeczy do zrobienia, czyli tzw. TO DO
      źródło: http://www.time-management-advice.com/

      Niektórzy twierdzą, że zapisywanie, rzeczy które mają zrobić jest marnowaniem czasu. Ja jednak jestem zdania, że dzięki sporządzeniu listy uwalniamy umysł (nie musimy pamiętać, co mieliśmy zrobić) i możemy całą naszą uwagę przelać na bieżące zadanie, co zwiększy z pewnością naszą wydajność i skróci czas wykonywania tej czynności.
      Można nawet pójść o krok dalej i zrobić sobie taką listę rzeczy, które musimy wykonać danego dnia, co wpływa na naszą mobilizację do działania przez cały dzień.
      Nie będę Wam doradzać w jakiej formie powinna być ta lista. Może to być aplikacja na telefonie, czy tablecie, ale równie dobrze sprawdzi się kartka papieru. Osobiście TO DO’sy wpisuję do terminarza, ponieważ chcę mieć wszystko w miarę w jednym miejscu. Luźno latające karteczki mogą się nie sprawdzić, ponieważ a) możesz je zgubić, b) bo możesz zapomnieć czy już to zrobiłaś/łeś (wierzcie mi, że w dużym natłoku zadań tak się zdarza). Innym pomysłem na papierową listę jest zeszyt, który poświęcicie tylko na zapisywanie zadań.
      Zadania wykonane „odhaczam” lub wykreślam pojedynczą kreską, aby, w razie potrzeby, móc sprawdzić co zostało już zrobione.
    2. Notes z adresami
      źródło: http://www.oempromo.com/

      Ten kto wszystkie swoje kontakty trzyma tylko w telefonie ten chyba lubi adrenalinę i marnowanie czasu. Jeśli ktoś z Was chociaż raz stracił telefon a wraz z nim wszystkie kontakty ten wie o czym mówię. Odtworzenie listy kontaktów na ogół jest niemożliwe, a przynajmniej bardzo pracochłonne. Dlatego mam w domu notes, w którym trzymam wszystkie telefony i adresy jakie zgromadziłam w swoim życiu. Kiedy musiałam odtworzyć listę kontaktów na telefonie nie przepisywałam wszystkiego lecz tylko te „namiary”, z których w ostatnich trzech latach choć raz skorzystałam. Inna sprawa, że to było dawno, a teraz mamy tak genialne możliwości jak backup telefonu na komputerze. Tak czy owak komputery też lubią nawalać, dlatego podstawą jest regularne kopiowanie danych z telefonu, oraz spisywanie kontaktów do notesu.
      Podobnie jak w przypadku kalendarza, błędem jest trzymanie kontaktów tylko w outlook’u. W końcu ile razy Wam się zdarzyło, że musieliście zadzwonić do kogoś nie mając dostępu do komputera (że nie wspomnę o zawodności i kradzieżach tych urządzeń)?
    3. Notes
      źródło: http://pixgood.com/

      Brzmi banalnie? No to zastanówcie się gdzie (w/na czym) robicie notatki? Na przypadkowych kartkach? Jeśli nie macie potem problemu z odnalezieniem tych kartek to gratuluję. Ludzie, często myślą, że notes nie ma nic wspólnego z zarządzaniem czasem, ja jednak uważam, że wręcz przeciwnie. Marnotrawieniem czasu jest poszukiwanie notatek ze spotkania, albo co gorsza (jeśli się nie znalazły), próba ich odtworzenia (dzwonienie do innych uczestników z prośbą o ich przesłanie, albo stanie nad kserokopiarką i ich powielanie). Dlatego sugeruję założenie zeszytu, który służyć będzie tylko do robienia notatek. W moim przypadku najlepiej sprawdzał się zeszyt z przekładkami, dzięki czemu notatki były usystematyzowane. Wygodne są również notesy z numerowanymi stronami np. Moleskine. Daje to możliwość zrobienia spisu treści i tym samym szybkiego znalezienia poszukiwanych notatek. Bardzo chwaliłam też sobie Multiplaner, ale o tym w innym wpisie.
      Tradycyjnie i tutaj jest możliwość zastosowania narzędzia elektronicznego.

    Być może ktoś z Was się ze mną nie zgodzi i świetnie funkcjonuje bez któregoś z wymienionych powyżej narzędzi. Jeśli tak, to dobrze. Chodzi przecież o to by usprawnić własne funkcjonowanie, a nie je utrudnić. Dlatego jeśli ktoś woli formę papierową, to wierzcie mi, że nie ma sensu na siłę próbować przyzwyczaić się do najnowszej aplikacji. Każdy musi odnaleźć swój sposób na zarządzanie swoim czasem, a to jest tylko propozycja.

    piątek, 10 października 2014

    Karate Kid, czyli jak japońska sztuka walki stała się naszym sprzymierzeńcem w opiece nad dzieckiem

    źródło: japantimes.co.jp


    Wróciwszy z rezonansu kręgosłupa, postanowiłam zgłębić temat urazów spowodowanych opieką nad niemowlęciem. Nie wiem czy wiecie, że ból pleców oraz zapalenie ścięgna nadgarstka są podobno najczęstszymi dolegliwościami wśród świeżo upieczonych matek. Urazy te spowodowane są częstym (niewłaściwym) podnoszeniem oraz noszeniem dzieci. Aby ulżyć obolałym rodzicom, pewien japoński fizjoterapeuta sporządził wytyczne będące połączeniem technik zaczerpniętych z kobujutsu [czyt. kobudziutsu] (okinawska sztuka walki) i wykonywanych codziennie ruchów i czynności. Jego podejście skupia się na łagodzeniu nacisku na różne części ciała, poprzez rozkładanie obciążenia oraz wykorzystywanie siły całego ciała.


    Shinichiro Okada [czyt. Siniciro Okada] (42l.) jest znany przede wszystkim z metod podnoszenia, noszenia itp. stworzonych dla pielęgniarzy i opiekunów osób z ograniczoną sprawnością ruchową. Wpadł on na pomysł wykorzystania technik okinawskiej sztuki walki, kiedy opiekując się osobami z niepełnosprawnością zauważył, iż wiele jego kolegów i koleżanek po fachu odchodziło z powodu bólu pleców. Potem postanowił zaproponować wykorzystanie podobnych metod opiekunom małych dzieci. Pamiętajmy przy tym, że wielu Japończyków śpi na futonach, czyli materacach rozłożonych na podłodze. Kiedy rodzi się dziecko, rodzice często nie kupują łóżeczka, lecz maluszek śpi z nimi. Dlatego ich plecy są szczególnie narażone na obciążenia (maluszek podnoszony jest aż z poziomu podłogi).


    Podczas warsztatów kobujutsu, które odbyły się w czerwcu br., Okada zaprezentował grupie, jak zmniejszyć nacisk na plecy i biodra. Na przykład, podnosząc z łóżka śpiące niemowlę, należy uklęknąć na jednym kolanie zwracając tors w kierunku łóżka. Następnie wsunąć jedną rękę (wierzchem dłoni ku górze)pod plecki, a drugą pod pupę dziecka. Aby unieść dziecko trzeba odwrócić dłoń do wewnątrz i wrócić do pozycji stojącej zwracając się w kierunku kolana, na którym klęczeliśmy.

    rysunek na dole: 

    Aby unieść dziecko trzeba odwrócić dłoń do wewnątrz i wrócić do pozycji stojącej zwracając się w kierunku kolana, na którym klęczeliśmy.


    Według Okady równie ważny, jak odpowiednia technika podnoszenia, jest właściwy sposób trzymania dziecka. Cały ciężar niemowlęcia nie powinien spoczywać na rękach, lecz należy dziecko otoczyć górną częścią ciała. Zamiast stać wyprostowanym, lepiej delikatnie się zgarbić i ugiąć kolana [patrz zdjęcie]. Kiedy ręka podtrzymująca pupę dziecka się zmęczy, napięcie ze ścięgien zdejmiemy odwracając rękę wierzchem ku górze.


    Zamiast stać wyprostowanym (zdjęcie po prawej stronie), lepiej delikatnie się zgarbić i ugiąć kolana (zdjęcie po lewej stronie).



    Kiedy ręka podtrzymująca pupę dziecka się zmęczy, napięcie ze ścięgien zdejmiemy odwracając rękę wierzchem ku górze.

    Wśród innych praktycznych porad Okady znajdziemy też wskazówkę dotyczącą noszenia toreb. W Japonii większość kobiet nosi zarówno torebki jak i papierowe torby z zakupami na, zwróconym wierzchem ku górze, przedramieniu. Okada sugeruje, że zgięcie palca środkowego i serdecznego minimalizuje napięcie w przedramieniu.


    Okada sugeruje, że zgięcie palca środkowego i serdecznego minimalizuje napięcie w przedramieniu.


    Warsztaty Okady spotykają się z pozytywnym odbiorem. Wielu uczestników mówi, że już nie może się doczekać, kiedy będzie mogło wypróbować te metody, a nawet żałują, iż nie poznali ich zanim zostali rodzicami.


    Akiko Matsuo (36l.) wspomina, jak dużą ulgę przyniosło jej wdrożenie technik Okady: Byłam na skraju zapalenia ścięgien nadgarstka, ale jak tylko zastosowałam metody kobujutsu od razu się poprawiło.
    Los chciał, że Matsuo pracowała w wydawnictwie. Postanowiła pomóc Okadzie wydać książkę o jego metodzie, ponieważ chciała, aby inne matki również poznały jego techniki.

    Okada ma swoją stronę internetową. DVD i książki na temat jego metod można zakupić w sieci, a na youtube.com, aż roi się od filmików instruktażowych dotyczących techniki opartej na kobujutsu. Niestety jednak wszystkie wydania są w języku japońskim.

    Z perspektywy czasu, przeklinając codziennie bolący kręgosłup, kolano i nadgarstki, żałuję, że w szkole rodzenia, w ramach zajęć z fizjoterapeutą lub na temat opieki nad noworodkiem, nie nauczono mnie prawidłowej postawy podczas podnoszenia, czy trzymania niemowlęcia. Myślę, że na takim poszerzeniu programu zyskałoby gro przyszłych rodziców, a kolejki do ortopedy uległy by skróceniu(^_^).


    Fragmenty książki Shinichiro Okady.

     

    Źródło:

    http://shinichiro-okada.com/index.html

    http://www.japantimes.co.jp/

    http://pds.exblog.jp/

    http://iryou.chunichi.co.jp/

    http://www.amazon.co.jp/

    środa, 8 października 2014

    RECENZJA: W Paryżu dzieci nie grymaszą (Pamela Druckerman)


    Kto by się spodziewał, że z wizyty u neurologa wrócę z nową pozycją na liście książek do przeczytania.
    Jak to się stało? Otóż podczas badania rozentuzjazmowana Pani doktor widząc mój pokaźnych rozmiarów brzuszek, zaczęła opowiadać, że właśnie została babcią i stąd jest na bieżąco z książkami o macierzyństwie. Szczególnie była pod wrażeniem jednej: „W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckerman (Wydawnictwo Literackie).

    Jako psycholog międzykulturowy koniecznie musiałam to przeczytać, bowiem książkę tę napisała amerykańska dziennikarka, która przeprowadziła się do Paryża. Tam urodziła córkę (Bean), a potem bliźniaki (Leo i Joey).

    Na wstępie dowiadujemy się, że po urodzeniu córki autorka ze zdziwieniem odkryła, iż większość francuskich dzieci jest cierpliwa, je z apetytem i grzecznie się bawi – czego niestety nie mogła powiedzieć o Bean. Rozpoczęła więc  „dochodzenie” mające na celu rozwiązanie tej zagadki.

    Na kolejnych stronach Druckerman odkrywa francuskie tajniki wychowania. Co ciekawe autorka stwierdza, że wychowanie we Francji jest bardzo ujednolicone – wszystkie matki, a nawet instytucje publiczne takie jak żłobki, kształtują dzieci w ten sam sposób. Jest to o tyle zaskakujące, że w Polsce raczej każdy wychowuje dzieci "po swojemu" – nie ma jakiegoś jednego modelu powielanego przez większość.
    Jednocześnie każda francuska metoda wychowawcza została przez autorkę poparta literaturą oraz wypowiedziami ekspertów. Jest to moim zdaniem największa wartość tej książki, gdyż pokazuje, że te sposoby nie są wyssane z palca, lecz mają naukowe podłoże i uzasadnienie.

    Będąc bogatszą o, nabytą podczas „dochodzenia”, wiedzę, Druckerman postanawia wychować bliźnięta zgodnie z francuskimi kanonami. Co ciekawe według autorki ten „eksperyment” się powiódł.

    Książka jest napisana lekko i zabawnie, ale jednocześnie stanowi francuską instrukcję obsługi dziecka.
    Oczywiście nie trzeba się zgadzać z opisanymi metodami, ale moim zdaniem warto poszerzyć horyzonty i dokonać świadomego wyboru.


    Na zdjęciu gâteau au yaourt, czyli lekkie ciasto jogurtowe, które według autorki, francuskie mamy pieką ze swoimi pociechami, jak tylko te zaczną siadać. Upiekłam, z przepisu zamieszczonego w recenzowanej książce, z pomocą dziewięciomiesięcznej Di.


    czwartek, 2 października 2014

    Witamina M

    źródło: http://thecolleyhouse.org/

    Trzy dni temu obudziłam się z potwornym bólem zatok, gardła i katarem. Z punktualnością godną szwajcarskiego zegarka Di zaczęła oznajmiać wszem i wobec, że oto się przebudziła i żąda śniadania, tu i teraz, natychmiast! Zwlokłam się z łóżka, by przygotować jej posiłek przeklinając ból, który rozsadzał mi czaszkę. Gdy Di ciumkała w zamyśleniu banana, a ja siedziałam z termoforem ogrzewającym zatoki,  powoli zaczęło do mnie docierać, że oto jestem matką, a moja „szefowa” nie uznaje urlopów, ani L4.

    Jeszcze rok temu eM kazałby mi położyć się do łóżka, przyniósłby mi książkę, herbatę z sokiem malinowym, śniadanie i niezbędne medykamenty. Ale wraz z narodzinami Di straciłam te przywileje. Matka ma zacisnąć zęby, faszerować się lekami i dzielnie stawiać czoła objawom choroby oraz pomysłowości i ruchliwości dziecka.
    Kiedy wreszcie na chwilę usiadłam, powróciłam myślami do dzieciństwa. Jak cudownie było chorować. Rozkosznie jest od czasu do czasu poczuć, że ktoś się o ciebie martwi, rozpieszcza Cię i troszczy się o Ciebie. Możesz być przeżywającym bunt nastolatkiem i przeklinać rodziców, ale kiedy zachorujesz, nagle przypominasz sobie, że nie ma nic lepszego niż mama. Zupełnie jak w tej piosence:  

    Na wiosenne osłabienie,
    Na bezsenność i znużenie,
    Bicie serca i miganie czarnych plam,
    Na zadyszkę i na dreszcze,
    Sam już nie wiem, na co jeszcze
    Jedną radę, dobrą radę wszystkim dam

    Witamina M
    Jedyny lek uniwersalny!
    Witamina M
    Fatalny koi stan!

    Wprawdzie Bohdan Czyżewski miał na myśli miłość romantyczną, ale czy miłość matki  nie jest najlepszą witaminą? I nawet kiedy się wyprowadzisz i założysz własną rodzinę, mama wciąż gotowa jest ruszyć Ci na ratunek i o pierwszej w nocy wpada do ciebie z arsenałem leków, bo dopadła Cię grypa żołądkowa, a Twój mąż jest w delegacji. W końcu „pracę” matki wykonujesz przez 365 dni w roku. Wymaga ona wielu talentów i umiejętności - szczególnie personalnych. Musisz być mistrzem zarządzania czasem i komunikacji (na początku niewerbalnej), trochę marketingowcem, negocjatorem i logistykiem, zaś postawy medycyny i psychologii społecznej należy mieć w małym paluszku. Do tego przydałaby się szczypta kreatywności i talentów aktorskich, plastycznych i, rzecz jasna, muzycznych. I wiecie co, to chyba najlepiej płatna „praca”. Wynagrodzenie, jednak nie jest wypłacane w złotówkach, ani w euro, lecz w buziakach, uśmiechach i „przytulaskach”.


    Z zadumy wyrwała mnie Di, której znudziło się raczkowanie za kotami i przypuściła frontalny atak na mnie. Wdrapała mi się na kolana i z szerokim uśmiechem zaczęła ciągnąć za włosy. Cóż może mnie też uzdrowi witamina M, zaaplikowana przez małą Di(^_^).